Szmaragodwy Basen na Czerwonych Ziemiach

Zostawiamy za sobą Las Vegas. Dobrze, że udało się nam przynajmniej poszaleć rano na zjeżdżalniach w hotelowym parku wodnym. Przedtem jednak, w miarę wczesnym rankiem, pojechaliśmy prawie na opłotki Vegas, żeby zjeść rekomendowane przez użytkowników TripAdvisor śniadanie – knajpa Mr. Mamas. I wiecie co? Było doskonałe.

W zdecydowanie lepszych humorach i z pełnymi od naleśników brzuchami zostawiamy budzące się na kacu Las Vegas. Będzie tak jeszcze trzeźwiało do wieczora, a później znowu ruszy w tany.

My kierujemy się w stronę Redlands (czyli Czerwone Ziemie) zahaczając po drodze o park narodowy Joshua Tree. Ostatnie połączenie z wifi informuje nas o fali upałów na trasie. I rzeczywiście. Jadąc po pustyni w stronę parku termometr w samochodzie wskazuje 120 stopni Farnheita (czyli 46 stopni Celsjusza). Pewnie moglibyśmy usmażyć jajecznicę na masce naszego samochodu?

Na szczęście, dojeżdżając po południu do parku, minimalnie się ochładza. Wciąż jest 37 stopni, ale i tak czujemy różnicę. Tylko w słońcu dalej nie da się wytrzymać. Wjeżdżamy w ciągnące się po horyzont pola dziwnie powykręcanych drzew. Wyglądają jak spacerująca po sawannie armia paralityków. Każdy konar w inną stronę. Każda gałąź zakończona kitką, pióropuszem grubych, kaktusowatych liści. Pień drzewa kosmaty i kłujący. Chyba nie tylko dla nas. Czyżby to był mechanizm zabezpieczający roślinę przed nieproszonymi gryzoniami? Muszę o tym poczytać. 

Raz po raz pojawiają się grupki skał, którym natura nadała fantazyjne kształty słoni, głów goryli czy katedralnych łuków. Można swobodnie zanurzyć się w tych skalnych labiryntach i poszukać trochę zbawczego cienia. No i grzechotników. Podobno też lubią się tu wygrzewać. My wybieramy wspinaczkę na pobliskie skały i skakanie z jednej na drugą. Jak kozice górskie.

Bardzo żałujemy, że nie zaplanowaliśmy więcej czasu na ten park. Wydaje się on być tak bardzo urokliwy, że spędzenie tam kolejnych kilku dni na trekkingu na pewno by się nam spodobało. Niestety musimy jechać dalej, bo nasi gospodarze na pewno na nas już czekają. Zbliża się wieczór.

Do Redlands, małej, uniwersyteckiej miejscowości położonej niedaleko Los Angeles wjeżdżamy dopiero około siódmej wieczorem. Diana i Marcin witają nas tak, jakbyśmy rozstali się zaledwie wczoraj, a nie jakbyśmy ostatni raz widzieli się… dziesięć lat temu. Czas leci. Idziemy wspólnie coś zjeść choć dziewczynki zmęczone całym dniem lekko marudzą.

Marcin postanowił rzucić obiecującą pracę w dużej, polskiej korporacji i przyjechał studiować zarządzanie informatyką na tutejszym uniwersytecie. Za swoje, prywatne, zarobione ze sprzedaży mieszkania pieniądze. Diana doradza w zarządzaniu social media, a hobbystycznie pisze bloga o podróżach po Stanach www.jestemwlesie.pl. Oboje są głodni wiedzy i świata. Obojgu wróżymy wiele sukcesów. Są młodzi, mądrzy i zdeterminowani, żeby osiągnąć sukces. I nie piszę tu tylko o sukcesie komercyjnym. Oczekują od życia więcej i potrafią o to sami zadbać.

Następnego dnia postanawiamy skorzystać z małego, acz urokliwego basenu, który nasi gospodarze mają do dyspozycji w swoim kondominium. Szmaragdowa woda cudownie nas chłodzi. Wariujemy nurkując. Jest nieco chłodniej niż na pustyni w Nevadzie, ale i tak powyżej 35 stopni. Prawie dajemy się namówić Dianie i Marcinowi do pozostania u nich na kolejny dzień… Zwycięża jednak rozsądek i konieczność znalezienia się z powrotem za dwa dni w północnej Kalifornii.

Przed nami ostatni z etapów naszej podróży. Odwiedziny w parku narodowym Drzew Sekwoi.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s