Kibole Jazzu

Do Utah wracamy prawie tą samą drogą, którą dotarliśmy do Yellowstone. Po drodze ponownie mijamy park narodowy Teton, kowbojskie Jackson i wjeżdżamy na rozległe, rolnicze tereny. Wybieramy urokliwe, jednopasmowe drogi przez miasteczka, żywcem wyjęte z amerykańskich filmów drogi. Znaki informujące nas o liczbie mieszkańców dumnie ogłaszają przyjezdnym: „Randolph. Ludność: 462 osoby”. Kilka uliczek na krzyż, bank, kościół, jakiś zamknięty sklep, kilka punktów usługowych i stacja benzynowa. Raczymy się przecenionymi, piersiami kurczaka a’la KFC. W opinii dzieciaków nie jadły do tej pory w Stanach nic lepszego. Ruszamy dalej.

 

Po południu w końcu docieramy z powrotem do Eden. Tu dzielimy się na kilka grup zainteresowań. Powiedzmy: sekcję pływacką i sekcję koszykówki. Sekcja pływacka zamierza moczyć swoje odwłoki na basenach i w przylegających do Eden jeziorach.

Sekcja koszykarska postanawia wykorzystać jeden z wieczorów, aby pojechać do Salt Lake City na mecz koszykówki – NBA Summer League. Liga Letnia NBA to czas ogrywania zawodników, którzy nie dostają zbyt wielu minut w sezonie zasadniczym lub obserwowania nowych nabytków z ostatniego draftu. W dwóch meczach jakie mieliśmy okazję zobaczyć (Boston Celtics vs San Antonio Spurs oraz Utah Jazz vs Philadelphia 76ers) występowali pojedynczy zawodnicy z pierwszych składów, oraz zawodnicy młodzi, rezerwowi i kupieni w tym okienku transferowym. Ale myliłby się ten, kto by pomyślał, że widowisko straciło coś na wartości. Tak samo jak w każdym meczu, oprócz porywającej gry, w trakcie przerw były konkursy rzutów do kosza dla widzów, tańce cheerleaderek, czy też widowiskowe wsady akrobatów wykorzystujących trampoliny.

Bilety były stosunkowo tanie i kosztowały od 7 do 15 dolarów (w zależności od miejsca) za możliwość pooglądania dwóch spotkań w trakcie jednego dnia. Można je było nabyć zarówno na stronie internetowej jak i przed samym meczem. Sala nie była wypełniona po brzegi. Pierwsze spotkanie oglądała może połowa hali. Dopiero drugie spotkanie, w którym grali zawodnicy lokalnej drużyny, sprawiło że trybuny zapełniły się prawie do pełna. Zasiadali na nich w większości stali bywalcy będący właścicielami karnetów sezonowych. Z dwoma takimi, którzy głośno dopingowali lokalną drużynę nawet miałem okazję porozmawiać o kibicowaniu Jazzmanom. Tak się bowiem składa, że od końca lat 90-tych oglądając zawodową ligę NBA kibicuję… właśnie Utah Jazz. Wtedy to górę wzięła moja „Koziorożcowa”, uparta, natura i na przekór wszystkim moim kolegom, z których każdy zachwycał się grą Jordana, Pipena i spółki z Chicago Bulls, ja wspierałem Malonea, Stocktona i Hornacka z Utah Jazz. Ten typ tak ma. 😉

Obaj Panowie, autentyczni kibole z wielkimi tatuażami logo Jazz, stanu Utah i innych lokalnych symboli, opowiedzieli mi o aktualnym składzie, o tym dlaczego Utah traci najzdolniejszych graczy, o spisku wielkich biznesów, które nigdy nie pozwolą temu klubowi zostać mistrzami NBA, a nawet o… ustawionym (!) meczu finałowym bodajże z 1997 roku, w którym Michael Jordan zapewnił rzutem w ostatnich sekundach mistrzostwo Chichagowskim Bykom nad Utah Jazz. Tamten mecz i mój zawód nadal pamiętam choć przyznam się, że nie dopatrzyłem się tam żadnego ustawionego meczu. Ale… kto tam ich wie? 😉 Gdy dowiedzieli się, że przyjechałem specjalnie z Polski, aby pooglądać ich drużynę w akcji od razu zaproponowali mi piwo. Musiałem odmówić ze względu na obecność dzieci pod moja opieką. Trochę żałuję. Kto wie czego to jeszcze mógłbym się dowiedzieć?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s