Stalowoszary Ciemnozielony

Do Yellowstone dotarliśmy od strony południowej mijając po lewej stronie park narodowy Grand Teton. Szare wzgórza, gdzieniegdzie pokryte wciąż śniegiem, odcinały się początkowo od niebieskiego nieba, by po chwili zlać się w jedną całość z nadchodzącymi od zachodu chmurami burzowymi. Wielki Manitou wkurzył się najwidoczniej na nielicznych turystów zmierzających do parku i raz po raz ciskał pioruny i zacinał deszczem. Rząd aut zmierzających do Yellowstone nie był jeszcze zbyt liczny. Tłumy miały napłynąć dopiero za kilka dni.

Burza, deszcz i nagły spadek temperatury nie wróżyły zbyt dobrze pierwszym dniom pobytu w parku. Prognoza pogody zapowiadała maksymalną temperaturę w dzień w okolicach… 14 stopni Celsjusza. I -3 stopnie w nocy. A nasze namioty były… kalifornijskie. Gdy to sobie uświadomiliśmy, przez chwilę czuliśmy się jak żołnierze armii napoleońskiej próbujący podbić carską Rosję.

Na miejsce kempingowe wybraliśmy Bridge Bay Campsite położony malowniczo nad jeziorem Yellowstone. Miejsca kempingowe, szczególnie w okresie wakacyjnym w parkach narodowych, należy rezerwować z odpowiednim wyprzedzeniem. My nasze zarezerwowaliśmy ponad 3 miesiące przed datą przyjazdu. Miejsce pod namiot kosztuje tu 25 USD, ale trzeba się liczyć z tym, że oprócz dostępu do toalet z lodowatą wodą nie ma co liczyć na inne udogodnienia. Na niektórych kempingach są płatne prysznice z gorącą wodą, sklepy i restauracje, ale na Bridge Bay przez kilka dni w pełni „brataliśmy się z naturą”. Przez szacunek dla co bardziej wrażliwych nosów, nie będę opisywał kilkudniowych efektów tego „bratania się”.

Na kemping dotarliśmy gdy tłuste, szare chmury dały nam chwilę wytchnienia od siąpiącego deszczu. Kilka promieni słońca wlało w nasze serca otuchę i pozwoliło w ogólnie dobrym humorze rozbić nam namioty i ulokować jedzenie w „bear box” (niedźwiedzim pudełku) czyli specjalnym, metalowym pojemniku na produkty żywnościowe. Żywność bowiem trzeba pod groźbą kar trzymać w tych pojemnikach, a wszystkie odpadki starannie usuwać. Naczynia trzeba myć w specjalnej zlewni, a w ognisku palić tylko specjalnie do tego typu przeznaczonym drewnem opałowym (jedyne 8 USD za paczkę – do nabycia u strażników parku i w każdym z pobliskich 5 sklepów 😉 ). Wszystko po to, aby nie kusić ciekawskich lub głodnych sierściuchów, które mogą zechcieć sprawdzić co dziś serwują u siebie turyści.

Jeszcze dobrze nie zdołaliśmy się rozpakować, a znów zaczęło padać. Zbyt dawno temu bawiłem się w harcerstwo i zapomniałem, że woda spływa w dół i wypełnia dziury, a namiot mimo wszystko lepiej jednak rozbijać na kamienistym wzgórzu, niż w równiutkiej dolince. Trochę pomógł wykopany pokrywką od garnka kanał odprowadzający wodę, ale i tak nad ranem nasz namiot pływał w jeziorku, a materace i karimaty bardziej przypominały łóżka wodne. Jednym słowem zamiast w Yellowstone obudziliśmy się w Wenecji. 😉

Zgodnie z prognozą temperatura w nocy spadła poniżej zera, więc następnego dnia przemoczeni i zziębnięci ruszyliśmy na podbój parku w dość wisielczych humorach. Niebo wciąż było stalowoszare. Zieleń wciąż była ciemnozielona. Nasze ubrania przemoczone i uwędzone we wczorajszym dymie z ogniska, które bardziej dymiło niż dawało jakikolwiek ogień i ciepło.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s