Malezyjskie krokodyle i prawdziwe wodospady

Postanowiliśmy wynająć na pół dnia taksówkę, aby obwiozła nas po północnej części Langkawi. Znana jest ona z podobno najlepszej plaży – Tanjung Rhu Beach, przy której położone są najlepsze hotele – Sheraton, Four Seasons itp. Dodatkowo mieliśmy zamiar dostać się na lokalną atrakcję – cable car czyli wagonik, którym można wjechać na najwyższe wzniesienie na Langkawi i przejść się po moście z przeźroczystymi stopniami. Naiwnie mieliśmy nadzieję, że przewidywania spotkanych przez nas w hotelu Australijczyków, którzy właśnie wrócili z tej wycieczki poprzedniego dnia, okażą się błędne. Oni bowiem spędzili w kolejce do kolejki ponad godzinę czasu… i była to tzw. szybka ścieżka, za którą płaciło się dodatkowo. Na normalnej ścieżce szacowali, że było kilkaset osób, a oczekiwany czas na wjazd wynosił ponad 4 godziny.

Z taksówkarzem wynegocjowaliśmy cenę 120 RMY za 4-godzinne wynajęcie pojazdu i 20 RMY za każdą następną godzinę. Niestety już w drodze, nasz kierowca zadzwonił do swoich kumpli taksiarzy, którzy wozili turystów i dowiedział się jaka jest sytuacja przy kolejce. Osiemset osób i dobrych kilka godzin postoju w palącym słońcu skutecznie nas zniechęciły do odwiedzin. Może za kolejne 18 lat się nam uda tam wrócić? 😉

Jako alternatywę wybraliśmy Farmę Krokodyli, które co prawda nie są gatunkiem rozpowszechnionym na Półwyspie Malajskim, ale już w wyspiarskiej części Malezji, na Borneo, są gospodarzami większości akwenów śródlądowych. Farma okazała się dobrym wyborem. Po uregulowaniu niezbyt wygórowanej opłaty (bodajże 15 lub 20 RMY od osoby) można było pooglądać zamknięte w płytkich basenach gady. I tak jak w filmach Hitchcocka tak i tu, na pierwszy ogień zaserwowano nam atrakcję karmienia krokodyli, a później było tylko lepiej.

Za możliwość karmienia małych krokodyli płaci się 15 RMY. W zamian za to otrzymuje się wędkę i wiaderko w kilkoma kawałkami kurczaka. Kurczaka przypina się do wędki i… voila… można karmić około metrowe „maluchy”. One podpływają ostrożnie do wiszącego kawałka, czają się przez chwilę, a później wykonują skok w górę i chwytają zębiskami wiszącą zdobycz. Jeśli kurczak jest dobrze przywiązany, krokodyl potrafi przez dłuższą chwilę wisieć na wędce utrzymywany przez „wędkarza” zdeterminowanego do tego, aby nie stracić swojej wędki. Później przynęta zazwyczaj spada pod ciężarem krokodyla.

Dwa razy dziennie odbywa się karminie dużych krokodyli, oraz specjalny pokaz „tresury”. My mieliśmy okazję uczestniczyć w tym drugim występie i muszę przyznać, iż zrobił na nas duże wrażenie. Treser obchodził się z krokodylem z odpowiednią atencją, ale w chwili gdy wygonili największego, czterdziestoletniego, mierzącego ładnych kilka metrów gada z basenu i zaczęli po nim chodzić, kłaść się na niego, a nawet… wsadzać mu rękę do paszczy to ja zdębiałem, a Nina zrobiła oczy okrągłe jak spodki. Oprócz popisów na farmie jest tez sporo materiałów edukacyjnych. Od modeli gniazd krokodyli, przez ich cykl rozrodczy, ich jaja, jak i szkielety, łuski i zęby.

Po tych mrożących krew w żyłach doświadczeniach udaliśmy się na słynną plażę, ale… o tym już pisałem poprzednio – jak większość tutejszych plaż, tak i ta nie wzbudziła wielkiego zachwytu. Zmącona woda i bardzo niski poziom wody nie zachęcał do kąpieli. I tak nawet sobie pomyśleliśmy, że jeśli mielibyśmy zapłacić po kilka tysiaków za możliwość spędzenia czasu w Sheratonach czy Four Seazonach i mieć do dyspozycji taką plażę, to chyba byśmy się lekko wkurzyli.

Pod koniec dnia, gdy powietrze osiągnęło temperaturę blisko 35 stopni, a wilgotność dodatkowo nie zachęcała do harców, postanowiliśmy zwiedzić wodospad Durian Perangin. I to był strzał w dziesiątkę. Przede wszystkim, w porównaniu do tzw. wodospadu w Taman Negara, tym razem naprawdę mieliśmy do czynienia z wodą spadającą z ładnych kilkunastu metrów. Powietrze nad wodospadem było chłodne i świeże, a woda… och… poezja, lek na nasze spieczone ciała, balsam na opaleniznę, istne Shangri-La.

Gdyby nie uciekający czas i czekający na nas taksówkarz, zostalibyśmy tam do późnego wieczora. A tak, musieliśmy wracać do Cenang coś zjeść i wracać do hotelu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s