Koralowy koralowiec…

Co robić na Pulau Langkawi gdy żar leje się z nieba i jedyne na co stać człowieka po wyjściu z łóżka to położenie się na leżaku nad basenem w cieniu parasola? Jest kilka opcji, ale przez pierwszy dzień nie chciało nam się wykonywać żadnych ruchów oprócz wytapiania własnego tłuszczyku nad basenem. Niestety morze w okolicach naszego hotelu, a także jak się później okazało wokół całej wyspy, nie zachęcało do baraszkowania. Jego ciemnoszary kolor i buszujące w nim meduzy skutecznie odstraszały amatorów oglądania rybek i koralowców. Samym morzem byliśmy trochę zawiedzeni, ponieważ oczekiwaliśmy kryształowo czystej wody ii różnorodności fauny i flory morskiej, a otrzymaliśmy niezbyt zachęcającą breję, w której coś tam rzeczywiście pływało… z naciskiem na COŚ. Zupełnie inaczej pamiętaliśmy okoliczne akweny z naszej ostatniej podróży w te rejony. Ale to przecież było… 18 lat temu! Do tego, bardzo długo utrzymywał się tu odpływ, przez co większość odwiedzanych przez nas plaż mogliśmy zwiedzić na wiele setek metrów w głąb morza brnąc w wodzie po kolana. Przywiezione przez nas maski i rurki do snorklingu wykorzystaliśmy może jeden raz…

Niemniej jednak, gdy wszystko wokół rozświetlone jest promieniami słońca, krajobrazy są tu iście pocztówkowe. Złocisty, drobnoziarnisty piasek, którego nie powstydziłaby się żadna nadbałtycka plaża, pochylone palmy kokosowe, kolorowe łódki rybaków powyciągane na brzeg. Na horyzoncie widać maleńkie wysepki ze stromymi zboczami obrośniętymi pnączami i inną roślinnością. I tylko te dzikie tłumy odwiedzające Langkawi przy okazji kilku wolnych dni związanych z obchodami Chińskiego Nowego Roku.

Z tłumem mieliśmy do czynienia po raz pierwszy gdy, wbrew naszym odwiecznym przekonaniom, wybraliśmy się na zorganizowaną wycieczkę typu Island Hoping, którą można nabyć w jednym z dziesiątek małych biur turystycznych położonych przy głównej uliczce Cenang. Koszt takiej 3-4 godzinnej wycieczki to 30 RMY od osoby dorosłej i 20 RMY od dziecka. W planie takiego wyjazdu przewidziane są odwiedziny na dwóch wysepkach położonych po południowej stronie Langkawi połączone z oglądaniem orłów rybołowów.

O 9:00 rano mały busik zawiózł nas na plażę skąd, nazywający sam siebie Kapitanem osobnik, zabrał nas i grupę kilku chińskich turystów swoją dwusilnikową łódką na pierwszą wysepkę. Kapitan rzeczywiście był chyba jakimś pociotkiem Waldemara Marszałka, albo po prostu miał wyraźne inklinacje na Najszybszego Kapitana Wód Okalających Wyspę Langkawi, albowiem zapragnął zaprezentować światu, iż naszej łodzi nic i nikt nie prześcignie. Z rykiem dwóch silników Hondy mknął zygzakami po wodach wywołując przy tym salwy śmiechu lub piski strachu skośnookich towarzyszów naszej podróży. Chyba tylko Lena i Nina nie były zadowolone z popisów Kapitana gdyż z otwartymi ze strachu oczyma kurczowo wczepiały się ze mnie i Asię.

Pierwsza wysepka, Pulau Beras Basah, rzeczywiście zasługiwałaby na miano raju, gdyby nie fakt, że prawdopodobnie każdego dnia przybywa na nią średnio kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt łódek z turystami. Każda łódka zabiera około 10 – 20 turystów. Godzinna zabawa dzieciaków w miarę czystym morzu z ogromną ilością obumarłych koralowców pod stopami dla nas była swoistym „memento” pokazującym jak „zorganizowana turystyka” wykańcza powoli każde przepiękne miejsce.

Lena wykazała się tu sporym talentem poetyckim układając taki oto poemat:

„Koralowy – koralowiec. Pełno ludzi – nie ma owiec”.

Następnym punktem programu było oglądanie nurkujących za zdobyczą dość dużych orłów rybołowów. Cała grupa tych ptaków krążyła nad kilkunastoma łódkami turystów, którzy przypłynęli oglądać ich popisy. Podniebny taniec kończył się w chwili, gdy orzeł zwijał skrzydła nurkując w dół po zauważoną zdobycz. Nad samym lustrem wody wyhamowywał nagle łapiąc w szpony rybę.

W drodze na kolejną wyspę, Pulau Dayang Bunting, Kapitan przystanął na chwilę, aby zaprezentować nam wzgórza układające się w zarys leżącej panny w ciąży. Stąd też marketingową nazwę wzięło słodkowodne jezioro, które jest położone na tej wysepce. Do jeziora prowadziła krótka ścieżka, po przebyciu której naszym oczom ukazało się ciemnobrunatne, dość duże jezioro upstrzone dziesiątkami jasnożółtych kapoków pływających przy brzegu. Na pomoście, w wypożyczalni kapoków i innych urządzeń pływających, ustawiła się długa kolejka chętnych, a tłum odzianych w tradycyjne muzułmańskie stroje osób przypatrywał się pływającym z brzegu. Zastanawiające jest jak mało napotkanych przez nas ludzi, zarówno Malajów jak i Chińczyków, potrafiło pływać. Przez chwilę czuliśmy się trochę jak superbohaterowie posiadający nadludzką moc – moc pływania. Gdy nasze dziewczyny zaczęły skakać z pomostu na główkę, nurkować i pływać bez zabezpieczeń – wzbudziły na tyle wielką sensację, że część odwiedzających zaczęła sobie z nimi robić zdjęcia. Przypomniała nam się nasza podróż do Chin gdzie czuliśmy się jak gwiazdy rocka, z którymi każdy chciał sobie zrobić zdjęcie.

Wycieczka skończyła się przed 13:00. Mielismy jeszcze sporo czasu, aby dobrze zjeść, pobyć na plaży Padai Cenang i wrócić do hotelu smażyć się nad basenem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s