Porażka w krainie truskawek

Wybierając nasz hotel w Cameron Highlands przyznam się, że kierowałem się magią nazwy. Sieć hotelowa Copthorne ma swój budynek tuż obok odwiedzanego często przeze mnie stadionu drużyny piłkarskiej Chelsea – Stamford Bridge. Dlatego też miałem o niej jak najlepsze zdanie. Naiwnie sądziłem, iż uda się nam zamieszkać w hotelu o wysokim standardzie i naładować akumulatory na dalszy etap podróży. Życie brutalnie zweryfikowało moją projekcję.

Hotel Copthorne Cameron Highlands jest położony w najwyższej części miejscowości, która składa się z trzech małych miasteczek określanych wspólną nazwa – Cameron Highlands. Trochę jak nasze Trójmiasto z tym, że klimatem przypominające Szczyrk. Panuje tam bowiem przez blisko cały rok stała temperatura zbliżona do 18 stopni w ciągu dnia i lekko ponad 10 stopni w nocy. Stąd też, jak na malezyjskie warunki, Cameron Highlands jest dość chłodnym miejscem.

Po zameldowaniu otrzymaliśmy miejsca w części apartamentowej hotelu, gdzie do naszej dyspozycji mieliśmy ogromne condominium z pokojem jadalnym, kuchnią, dwiema sypialniami, dwiema łazienkami i… grzybem na ścianach, brakami ciepłej wody, brakiem jakichkolwiek naczyń i sztućców w kuchni, dziurami w oknach i moskitami, które łaknęły naszej, polskiej krwi. Przyzwyczajeni przez ostatnie dwa tygodnie do panujących powyżej trzydziestostopniowych upałów, pierwszą noc spędziliśmy szczękając zębami pod cieniutkimi kocykami, odganiając natrętne moskity. W apartamencie brakowało jakichkolwiek form ogrzewania.

Chcieliśmy uzupełnić nasze wpisy na blogu, ale niestety internet w tym „wypasionym” hotelu… nie działał. Podobno właśnie doświadczyli awarii, a na mój gust nikomu nie chciało się po prostu zresetować modemu, który się zawiesił.

Po Cameron Highlands  można poruszać się tylko i wyłącznie taksówkami. Pomimo opisów w większości przewodników zachęcających do wybierania taksówek z licznikami lub prób targowania się o cenę przejazdu nie natrafiliśmy poza Kuala Lumpur na ani jedną taksówkę w taksometrem. Nikt też nie chciał się z nami targować. Mafia taksówkowa miała ustalone swoje, standardowe ceny, które kroiły turystów 20 RMY do najbliższej miejscowości lub 40 RMY do najbardziej oddalonej.

Bardzo liczyliśmy na trekking po tzw. Mossy Forrest czyli mglistym lesie, ale niestety okazało się, że ze względu na zbyt dużą liczbę odwiedzających i śmiecących turystów został on zamknięty i poddany renowacji. Nie wiadomo czy uda się go otworzyć w tym roku. Chcieliśmy również zobaczyć największe kwiaty na ziemi – tzw. Raflessia flowers, ale i te znajdowały się w mglistym lesie. Chcąc usatysfakcjonować nasze dzieci postanowiliśmy pojechać na zorganizowaną przez lokalne biuro turystyczne, objazdową wycieczkę na plantację herbaty, plantację truskawek, róż, hodowlę pszczół i lokalnego ogrodu botanicznego. Koszt takiej wycieczki to 25 RMY od osoby dorosłej i 20 RMY od dziecka. Wycieczka trwała około 3-4 godzin.

Każde z tych miejsc było na swój sposób ciekawe, ale żadne nie spowodowało, iż jęknęliśmy z zachwytu. Chyba najciekawiej było na plantacji herbaty gdzie można było zobaczyć nie tylko herbaciane krzewy, ale również  sposób produkcji herbaty. Muszę przyznać, że sposób podróżowania w zorganizowanej grupie typu: „wsiadamy – jedziemy – wysiadamy – oglądamy przez 35 minut – wsiadamy – jedziemy dalej itd.” nie jest naszym ulubionym sposobem podróżowania. Niemniej jednak udało się nam osobiście pooglądać z bliska żółwie, skosztować specjalnego rodzaju miodu, ocenić hodowlę truskawek rosnących na włóknach kokosowych i napić się lokalnej herbaty. Autochtoni szczególnie są dumni z hodowanych tu truskawek, które w tym klimacie rosną cały rok. Dosłownie wszędzie widać symbole tych owoców, a na targowiskach można je nabyć przepięknie zapakowane w plastikowe pudełeczka. Nie chcę jakoś specjalnie narzekać, ale oprócz faktu, że wyglądają naprawdę smakowicie, to smakiem ustępują naszym, polskim. A może już powoli zaczynamy tęsknić?

Z Cameron Highlands Copthorne Hotel wyjeżdżaliśmy po trzech dniach bez najmniejszego żalu. Za 60 RMY od osoby kupiliśmy bilety na kolejny autobus-lodówkę, która zawiozła nas z Cameron Highlands do Kuala Perlis (z jedną przesiadką). Tam zaokrętowaliśmy się na prom, który za zabrał nas na wyspę Langkawi.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s