Tradycyjna wizyta u lekarza

Czwarta rano czy czwarta jeszcze w nocy? Nie ważne. Na zewnątrz ciemno. Nie możemy z Asią spać. Nina kaszle coraz mocniej. Katar spływa jej do gardła i dusi ją powodując u niej odruchy wymiotne. Ma gorączkę – trzydzieści osiem. Dostała paracetamol, zakropiliśmy jej nosek i jakoś próbujemy przetrwać tę noc. Niestety ciągły katar powoduje również brak łaknienia przez co Nina nie chce jeść już od blisko dwóch dni. Zaczynamy w nią wmuszać jedzenie, co przy jej charakterze kończy się ciągłymi wojnami.

Tak po prawdzie, to Nina przyjechała już do Malezji z lekką infekcją i pomimo naszych starań nie udało się nam jej ochronić przed zgubnym wpływem ciągłych zmian temperatur. Gorące powietrze i klimatyzowane wnętrze taksówki lub autobusu. Znowu gorące powietrze i wizyta w klimatyzowanym biurze turystycznym. Znowu gorące powietrze i klima w lobby hotelowym… Chyba niestety nie obejdzie się bez wizyty u lekarza.

Dzwonię do naszego ubezpieczyciela – AXA Travel. W Polsce jest już prawie 23:00. Otrzymuję ten sam zestaw informacji co podczas podobnej sytuacji, która przydarzyła się nam w Chinach, czyli mniej więcej „radźcie sobie sami, a po powrocie do Polski rozliczymy leczenie”. Obiecują jeszcze oddzwonić z jakimś adresem rekomendowanych szpitali, ale nie oddzwaniają.

Wiem co sobie niektórzy z Was myślą. Niewdzięczni rodzice. Nie dbają o swoje dzieci. Spełniają swoje zachcianki nie zwracając uwagi na bezpieczeństwo dzieci… My patrzymy się jednak na tę sprawę w inny sposób. Tak – staramy się spełniać nasze marzenia. Tak – staramy się stawiać nasz związek i nasze pasje w centrum rodziny w ten sposób, aby dziecko nie było jej głównym punktem.

Głęboko bowiem wierzymy, że takie postępowanie pokazuje dzieciom, iż najważniejsza jest miłość mamy i taty. Dzieci są dopełnieniem ich miłości. Nie mogą jednak zajmować centralnego miejsca w związku, bo kończy się to zawsze tak samo – cierpiętniczo, poświęcaniem siebie, rezygnacją z marzeń lub realizacji stawianych sobie celów. A czego chcielibyśmy, aby nasze dzieci się od nas nauczyły? Żeby odważnie starały się iść przez życie, czy żeby spuściły swe głowy i powiedziały sobie, że teraz nie mogę tego zrealizować, teraz mam dziecko, teraz muszę zrezygnować ze swoich planów?

Nie zmienia to jednak faktu, iż często płacimy za to dość wysoką cenę, a nasze dzieci podczas podróży zwiedzają nie tylko świątynie czy dżungle, ale również… gabinety lekarskie. Tradycji i tym razem musiało stać się zadość.

image

W Kuala Tahan nie było szans na wizytę u doktora, bo… doktora tam nie ma. Był tylko ktoś na kształt magistra farmacji, ale nie zdecydowaliśmy się na odwiedziny u niego. Zresztą mieliśmy już zamiar pojechać do Cameron Highlands, które są większą miejscowością turystyczną i tak znaleźć lekarza. Dlatego też w deszczu, o 8:00 rano, w pełnym rynsztunku z plecakami stawiliśmy się pod jednym z biur turystycznych, aby załapać się na busik do Cameron. Koszt biletu to 80 RMY od osoby dorosłej i 70 RMY od dziecka. Bilety oczywiście zakupiliśmy poprzedniego dnia.

image

Jazda po serpentynach trwała blisko 5 godzin. I wszystko co pisałem do tej pory o doskonałych malezyjskich drogach mógłbym skreślić w jednej chwili. Mieliśmy do czynienia z podrzędnymi szosami, po których nasz kierowca o twarzy pokrytej bliznami po ospie pędził jak wariat z prędkością 100 km/h, wyprzedzając na trzeciego, wyprzedzając na zakrętach, czy też rozmawiając przez telefon. W końcu nie wytrzymałem i zacząłem zakląłem szpetnie po polsku (dzieci spały) i… gościu chyba zrozumiał. To znaczy częściowo. Przestał rozmawiać przez komórkę, ale dalej pędził jak dziki. Dzięki Bogu Lena, która zawsze ma większy problem z błędnikiem, zwymiotowała tylko raz, a i to na parkingu, więc nie pobrudziła minivana. A w sumie szkoda. Chętnie sam bym go obrzygał wraz z kierowcą.

Dotarliśmy do Cameron Highlands około 13:00. Zostawiliśmy plecaki w naszym hotelu i pofatygowaliśmy się do kliniki Wong w Brinchang (środkowa miejscowość w Cameron). Podobno publiczny szpital nie oferował nic oprócz stania w długiej kolejce chorych. W klinice czekaliśmy tylko około pół godziny, po czym wizyta u hinduskiego Pana doktora Vijayakumara trwała kolejne pół godziny. Niemniej jednak Pan doktor do sprawy podszedł z odpowiednią atencją i przepisał nam cały arsenał środków pożyczając nam również swój nebulizator do inhalacji. Za wizytę oraz pełną reklamówkę leków zapłaciliśmy blisko 240 RMY co może wydawać się dużym kosztem, ale przynajmniej mamy poczucie, iż dobrze zaopiekowano się naszą córką. Miejmy nadzieję, że nasz ubezpieczyciel wywiąże się ze swego obowiązku gdy wrócimy do kraju…

image

…a Nina szybko wróci do formy. W końcu to nie pierwsze jej zapalenie oskrzeli.

Reklamy

One thought on “Tradycyjna wizyta u lekarza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s