Z wizytą u Oran Asli

W trakcie pobytu w Taman Negara mieliśmy okazję odwiedzić jedną z lokalnych turystycznych atrakcji – wybraliśmy się z wizytą do plemion. Tamtejsze plemiona określa się nazwą Oran Asli, choć specyficzne plemiona mają swoje, odrębne nazwy. Są to plemiona koczownicze, które przenoszą się z miejsca na miejsce pozostając blisko większych skupisk ludzkich wówczas, gdy chcą uzupełnić zapasy. W większości jednak przypadków do życia wystarcza im to, co ma do zaoferowania dżungla. Polują za pomocą dmuchawek, śpią w skromnych szałasach, nie uznają szkół, ani szpitali. Mają swoje wierzenia i szamanów. Nasz przewodnik, który był jednym z nich i całe dzieciństwo spędził w dżungli, z przejęciem opowiadał nam o żyjącym już ponad 100 lat wielkim szamanie, który podobno jeździ na tygrysie. I mówił o tym z takim przejęciem, że albo święcie wierzył, że mówi prawdę, albo skończył jedną z lepszych szkół aktorskich.

Do plemienia można dotrzeć tylko łódką. Wynajęcie jej to koszt 200 RMY. Jak w każdym takim miejscu tak i do Oran Asli warto przywieźć ze sobą jakieś dary. Mogą to być artykuły spożywcze, mogą cukierki dla dzieciaków. Nasz przewodnik optował za tymi drugimi i ulegliśmy jego namowom, choć później lekko żałowaliśmy widząc ogromna biedę tych ludzi. Chyba bardziej ucieszyliby się z worka ryżu lub butelki oleju.

Na miejscu jest kilka żelaznych punktów programu, którym tubylcy raczą odwiedzających ich turystów. Rozpalanie ognia za pomocą suchych pędów ratanu i pokaz zręczności w strzelaniu z dmuchawki do pluszowego miśka. Mnie prawie się udało rozniecić ogień. Był dym – nie było ognia. W strzelaniu do miśka poszło nam znacznie gorzej, choć tu sądziłem, że pokażemy im klasę. Chyba dali nam krzywe lotki albo dmuchawkę. 😉

 

Atrakcje zazwyczaj mają miejsce w wydzielonych do tego celu ogrodzonych miejscach dla turystów. Spoza nich turyści raczej nie wychodzą tak, aby nie ingerować w prywatność odwiedzanych. Ponieważ jednak dotarliśmy tam sami, a Lena i Nina wzbudziły jednak na tyle dużą sensację swoim kolorem włosów, to udało się nam dostać do… szałasu miejscowych. Pola podążyła za nimi i zaczęła prezentować aparat fotograficzny i robienie nim zdjęć. Po chwili wszyscy nawzajem robili zdjęcia i pokazywali je sobie wywołując przy tym salwy śmiechu zgromadzonych. W igraszkach tych uczestniczyły jednak tylko dzieciaki i kobiety. Mężczyźni w brudnych podkoszulkach siedzieli w osobnym szałasie żywo rozmawiając o naszym przybyciu i wskazując nas sobie palcami.

Wyjeżdżając z wioski przewodnik zachęcał nas, aby zostawić autochtonom jakiś mały prezent w postaci kilku ringittów. Wychodząc z założenia, że „lepiej jednak dać wędkę niźli rybę” zdecydowaliśmy się na kupno dziewczynkom plecionych bransoletek, za które oczywiście przepłaciliśmy, ale przynajmniej staraliśmy się wyrazić nasz szacunek do pracy autochtonów.

Opuszczaliśmy wioskę Oran Asli z mieszanymi uczuciami. Na pewno warto ją było zobaczyć i poznać, a właściwie to liznąć, ich sposób życia. Nie do końca jednak mam przekonanie ile z zaprezentowanych i opowiedzianych nam historii było rzeczywiście autentycznych, a ile wyssaną z palca bajką dla odwiedzających tamto miejsce turystów. Ale może właśnie o to chodzi w podróżowaniu? O to, aby móc wieczorami przy kominku w swoim domu snuć takie opowieści? I nigdy nie być do końca przekonanym, czy szaman rzeczywiście potrafi jeździć na tygrysie?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s