Gdzie spojrzę, dokoła dżungla

Mieszkamy w Parku Narodowym. A właściwie to tuż na jego obrzeżach. Wieczorami pod nasz bungalow podchodzą dzikie świnie. Na tarasie naszego domku cały czas przesiadują ciekawskie małpy. A do tego jeszcze mieliśmy okazję pooglądać karmienie ogromnego, biało-czarnego tapira.

Kuala Tahan po drugiej stronie rzeki jest skupiskiem kilkunastu, biednych małych domków i budżetowych guesthousów, pięciu straganów na krzyż, jakiejś szkoły i budynku szumnie nazwanego lecznicą. Nie ma tu większych sklepów, posterunku policji, ani też bankomatu. Najbardziej turystycznym miejscem jest nadbrzeże rzeczne, przy którym cumuje kilka pływających barek-restauracji. Można na nich zjeść dobre, lokalne jedzenie malajskie i hinduskie. W jednej z nich natknęliśmy się na Johna – Malaja, który twierdził, że od ponad trzydziestu lat podróżuje po świecie od jednego kraju do drugiego i najmuje się w restauracjach jako kucharz. Nazywał to biznesem – Cook ‘n Travel. John był nawet pod koniec lat 80-tych w Polsce, gdzie miał dziewczynę o imieniu Joanna i bardzo trudnym do wymówienia nazwisku. A dziewczyna ta była z… Legionowa! To przecież nie tak daleko od nas. Szczęki nam opadły.

Nasze bungalowy były podobno najbardziej wypasioną miejscówką w okolicy na co wskazywała krótka analiza porównawcza cen hotelików w mieścinie. Znajdowały się na drugim brzegu rzeki, do którego za 1 RMY od osoby można się było dostać łódką. Tam też znajdowało  się wejście do parku narodowego. W Taman Negara jest wiele atrakcji. Można wybrać się na spacer do moście linowym zawieszonym kilkanaście, a może nawet więcej metrów nad ziemią. Można w nocy wyjść z przewodnikiem w dżunglę śledzić nocne życie zwierząt. Można wybrać się łódkami do jednego z zamieszkujących te rejony dzikich plemion, lub nad tutejsze wodospady. Można także wybrać się na dłuższy, kilkudniowy trekking połączony z nocowaniem w pobliskich jaskiniach. My wybraliśmy most linowy, wizytę u Oran Asli (lokalne plemię), oraz wizytę nad wodospadami.

Most linowy można zobaczyć samemu. Nie trzeba do tego brać przewodnika. Należy po prostu po uregulowaniu opłaty wstępu na teren parku w wysokości 3 RMY oraz opłaty 5 RMY od… aparatu fotograficznego dojść do niego dobrze oznakowaną ścieżką. Całość zajmuje nie więcej niż godzinę w jedną stronę. Należy tylko pamiętać o dużej ilości wody do picia i repelentach. Choć prawdę mówiąc byliśmy trochę zdziwieni brakiem moskitów i w ogóle dużej liczby owadów. Chyba trafiliśmy na jakiś dziwny okres w roku.

Wejście na most linowy kosztuje 5 RMY od osoby, ale warto pooglądać z góry las deszczowy, który w folderach z tego miejsca jest nazywany najstarszym lasem na ziemi. Podobno nie zmienił się on od… 130 mln (!) lat. Aż ciężko nam było w to uwierzyć biorąc pod uwagę krajobrazy jakie oglądaliśmy poprzedniego dnia z okien samochodu – dżunglę karczowaną pod uprawy palm. Kolejne wycieczki rzeczywiście jednak pokazały, że przynajmniej w parku narodowym Taman Negara mamy do czynienia z porządnym, dziewiczym kawałkiem dżungli.

Szczególnie było to widać podczas wizyty nad wodospadami. Wynajęta za 180 RMY łódka przez godzinę wiozła nas w głąb dżungli. Ostatnie kilometry musieliśmy pokonać pieszo, bowiem w tym roku poziom wody, w czarnej jak smoła rzece, był bardzo niski. Woda była ogólnie bardzo czysta, ale z jakiegoś nieznanego nam powodu miała intensywnie brunatny i czarny kolor. Droga prowadziła zakolami przez dżunglę wyglądającą tak, jakby nie można było w tę ścianę zieleni wcisnąć igły. Wszędzie zwisały długie liany, a zawieszone na nich czasami kłody wskazywały, że w porze mokrej ta niewielka rzeczka zamienia się w rwący i szeroki nurt. Gdzieniegdzie ściana dżungli przecinana była malutką ścieżynką prowadzącą do wodopoju. Tutaj także moskity nie dawały się nam specjalnie we znaki. Dzieciaki uskrzydlone czekającą ich kąpielą w wodospadzie pokonały dystans bez większych problemów. Na końcu drogi czekał na nas… nie, to na pewno nie był wodospad. Nie umywało się to do wodospadów jakie mieliśmy okazję odwiedzać np. w Wenezueli. Ot, kilka skał, przełom na rzece, spiętrzenie wody, ale… i tak dziewczyny były przeszczęśliwe. Możliwość popluskania się w chłodnej wodzie po uciążliwej wędrówce i zmycia z siebie potu z całego dnia okazała się strzałem w dziesiątkę. Do bungalowów wracaliśmy już ok. 18:00. Nad dżunglą powoli zapadał zmierzch. A my z bananem na ustach kładliśmy się spać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s