Albert Can Can, małpy i świetliki

Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że podróżowanie w pięć osób jest dość problematyczne. Zazwyczaj wiąże się to z faktem, że trzeba zamawiać dwie taksówki lub dwa pokoje w hotelu. Dopóki podróżowaliśmy po samym KL bez bagaży, dopóty nie było to problemem. Taksówkarze przymykali oko na nadmiarowe osoby w aucie. Obawialiśmy się jednak, że na każdą dłuższą podróż będziemy musieli wynajmować jakiegoś busa. Oczywiście da się zrobić, ale kosztuje o 30-50% więcej.

Po wizycie w Petronas postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę i pojechać prawie nad samo zachodnie wybrzeże do Kuala Selangor i pooglądać lokalną atrakcję jaką są… o tym za chwilę.

Z pytaniem o możliwość wynajęcia transportu zwróciliśmy się do obsługi hotelowej, ale zaoferowane przez nich ceny nie były dla nas akceptowalne. Dlatego też to samo pytanie zadaliśmy jednemu z kierowców Ubera, który nas wiózł z Ogrodu Orchidei. Kierowca okazał się ponad 60-letnim Chińczykiem noszącym typowo chińskie imię – Albert. Na każde nasze pytanie Albert odpowiadał „can, can” (po ang. „można, można”) dlatego szybko nadałem mu taki przydomek. Albert Can Can zaoferował się zawieźć nas do Kuala Selangor za 110 RMY co wydało się nam dobrą ceną biorąc pod uwagę zarówno odległość jak i spędzony czas.

Zaplanowaliśmy nasz wyjazd z KL o godzinie 14:00. Chcieliśmy bowiem podjechać jeszcze po drodze do Bukit Melawati i nakarmić tamtejsze małpy. Przeciwnie do spotykanych przez nas przedstawicieli tego gatunku w Indonezji czy w innych krajach – te nie były agresywne i można było pooglądać je z bliska bez obawy o porwanie czapki lub okularów. Dziewczyny piszczały z radości.

 

Po wizycie na wzgórzu małp bez przeszkód dotarliśmy późnym popołudniem nad rzekę w Kuala Selangor. Tam postanowiliśmy zjeść coś w poleconej nam przez Alberta restauracji serwującej owoce morza. W ofercie położonych malowniczo nad brzegiem rzeki restauracji były pyszne ryby, krewetki i ośmiorniczki. No chyba, że jest się jednym z naszych dzieciaków. Wówczas czysty ryż też wystarczył.

 

Po zapadnięciu zmroku, czyli około godziny 20:00 wypłynęliśmy łodzią oglądać atrakcję wieczoru – świetliki. Bilety kosztowały nas coś około 15 RMY od osoby dorosłej i 5 RM od dziecka i kupiliśmy je w restauracji. Cenę biletów doliczyli nam do rachunku.

Świetliki siedziały na krzakach okalających brzegi. Przypominało to trochę lampki na naszych Bożonarodzeniowych choinkach. Czasami wzbijały się w powietrze i wówczas krążyły jak małe ogniki. Liczba świetlików była tak duża, że brzegi dosłownie usiane były tymi światełkami. Całość obserwowana była z łodzi w prawie zupełnych ciemnościach, dlatego też żaden z moich aparatów nie zdołał zrobić satysfakcjonującego zdjęcia. Wiem, wiem, powinienem kupić coś lepszego zamiast iść po najmniejszej linii oporu i trzaskać zdjęcia aparatem w telefonie. Taki ze mnie fotograf jak…

Do KL wróciliśmy około 22:00. A może to była już 23:00? Sam już nie wiem. Wiem natomiast, że gdy zasypiałem, niebo przed oczami upstrzone było tysiącami srebrnych ogników – świetlików.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s