Słodko-ostre Kuala Lumpur

Znacie to uczucie gdy drzwi do samolotu otwierają się i nagle klimatyzacja zaczyna nie wyrabiać z chłodzeniem powietrza? Momentalnie czujesz się jak maglu. O ile jeszcze pamiętacie to uczucie, bo magiel nie jest chyba dziś zbyt popularnym punktem usługowym? A teraz do całego obrazu dodaj sobie fakt, że siedzisz w długich spodniach, polarze i butach za kostkę… Na szczęście hala lotniska w Kuala Lumpur była klimatyzowana, więc „magiel” poczuliśmy tylko przez chwilę.

Kontrola paszportowa przebiegła szybko i sprawnie. Polinezja wepchała się też przed sam wylot karuzeli, z której wypadały bagaże więc dość szybko opuściliśmy strefę przylotów. Pierwsze kroki skierowaliśmy do… no tak, trzeba się przecież gdzieś było przebrać. Tam też zauważyliśmy, że Polinezja ściągnęła z karuzeli plecak, który był zielony, lekko podniszczony, na pewno polski i nawet wyprodukowany przez tego samego, rodzimego Alpinusa, ale… nie był to nasz plecak. Chwilę zajęło nam, aby ochłonąć i dokonać próby wtargnięcia z powrotem na teren lotniska z obcym plecakiem w poszukiwaniu własnego. Do tej pory zastanawiam się jakiej jakości jest system kontroli. Na kamerach bezpieczeństwa prawdopodobnie można zidentyfikować mnie wchodzącego dziarskim krokiem z powrotem do strefy przylotów, ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko przed siebie. Jedna rada – w takich przypadkach nigdy nie patrz się bezpośrednio na ochronę. Twój wzrok może ściągnąć ich zainteresowanie i niepotrzebne pytania. Na szczęście szybko odnaleźliśmy zarówno właścicieli zabranego przez nas bagażu jak i nasz własny. Jeszcze raz przepraszamy za kłopot.

Z lotniska do centrum KL jedzie się blisko godzinę. Najlepszym rozwiązaniem dla naszej 5-osobowej gromadki z plecakami okazało się wynajęcie Ubera w wersji XL. Bardzo miły kierowca o swojsko brzmiącym imieniu – Hui, zawiózł nas za 120 RMY do naszego hotelu (Lantern hotel) mieszczącego się w samym centrum, przy bardzo turystycznej ulicy Jalan Petaling. Dla ułatwienia, będę podawał kwoty w ringitach malezyjskich, które są przeliczane obecnie prawie w stosunku 1:1 do polskiej złotówki.

2016-01-28 19.22.57

Jalan Petaling okazało się deptakiem w chińskiej dzielnicy z dużą liczbą straganów, na których można było kupić przysłowiowe „mydło i powidło”. Sprzedawcy co chwila zachwalali „oryginalne” koszulki FC Barcelona, zegarki Rolex, kosmetyki z kwiatu lotosu, malezyjskie zbieracze kurzu czyli wszelkiego rodzaju niepotrzebne pamiątki jak i żywność wszelaką. Na pierwszy dzień nie skusiliśmy się jednak spróbować jedzenia prosto ze straganów. Te atrakcje zostawiliśmy sobie na później. Ponieważ zbliżał się wieczór, szybko udaliśmy się do najbliższej jadłodajni i bezpiecznie zamówiliśmy smażony makaron i ryż z kurczakiem. Oczywiście podkreślając przy tym, iż jedzenie jest dla dzieci i nie może być pikantne. Dziewczyny zamówiły dodatkowo do picia napoje w puszkach, które do złudzenia przypominały naszą Fantę.

 

Smażony makaron i ryż tylko dla mnie nie był pikantny. Kurczak przygotowany był po chińsku czyli z kośćmi, więc nasze księżniczki prawie go nie ruszyły.

Fanta okazała się być słodkim jak ulepek napojem nisko gazowanym.

I tak, ze słodko-ostrym posmakiem w ustach, wróciliśmy do hotelu. Jutro dzień pierwszy zwiedzania.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s