Prowadź melodio nas

…cd…

Następnego dnia Nina nadal była głodna, a perspektywa nakarmienia ją zupką – wciąż kusząca. Aby nie łamać danego postanowienia, nazajutrz po południu wyruszyliśmy do restauracji znajdującej się w środku wyspy, jakieś pół godziny drogi przez dżunglę.

Nad horyzontem wisiały ołowiane chmury, ale sądziliśmy, że tak jak kilkukrotnie wcześniej przejdą gdzieś obok. Wybraliśmy się do Kayukos Sports Bar.

Ściemnia się

Leniwy pobyt na wyspie osłabia u nas instynkt podróżnika. Instynkt ten powoduje, że w podróż zabiera się odpowiednie leki, nie bierze podejrzanych taksówek, zawsze smaruje się kremem z filtrem i dba o to, aby myć zęby tylko butelkowaną wodą. Zazwyczaj na taką wycieczkę zabieramy butelkę z wodą, latarkę, kurtki przeciwdeszczowe i scyzoryk. Tak na wszelki wypadek. Pomimo tego, że nie są to wyprawy w dziewiczą puszczę tylko w cywilizowane rejony. Ale my podróżujemy z dziećmi.

Do Kayukos nie wzięliśmy niczego oprócz portfela. Ja nawet nie wziąłem swoich sandałów naiwnie licząc na to, że… że cała droga przez dżunglę okaże się wysypana piaskiem z plaży? Sam już nie wiem.

Droga nie była wysypana piaskiem. Droga miała małe ostre kamyczki, które wrzynały się w moje stopy, a ze mnie przecież żaden Cejrowski.

W restauracji zmitrężyliśmy sporo czasu. Dziewczyny zamówiły pyszną pizzę, ja trochę popisałem tekstów i pooglądałem mecz na ogromnym ekranie.  Nim się zorientowaliśmy było już ciemno. Czas było wracać. Na samo wspomnienie o marszu na bosaka po kamienistej ścieżce chciało mi się… no na pewno nie chciało mi się wracać. A do tego jeszcze ołowiane chmury postanowiły jednak, że tym razem zawitają nad naszą wyspę. Ktoś odkręcił nad nami kurek z wodą i nie chciał go zakręcić. Musieliśmy wracać.

Od pomocnego właściciela knajpy pożyczyliśmy maleńką latareczkę. Dał nam również foliowe worki na śmieci, które po wykonaniu w nich otworów na głowę i ręce posłużyły nam za kurtki przeciwdeszczowe. Ponieważ Nina przelewała się już nam przez ręce, wtłoczyliśmy ją pod nasze prowizoryczne ochrony i rozpoczęliśmy marsz z powrotem do naszego hotelu.

Pierwszy kilometr był mordęgą. Kamienie raniły stopy, droga zamieniła się w zdradliwą ślizgawkę, a Nina zrobiła się strasznie ciężka. Nasza mała latarka dawała tylko tyle światła, że widzieliśmy na dosłownie metr do przodu. Posuwaliśmy się jednak na przód.

Ciszę przerwał śpiew Poli.

„Prowadź melodio nas. Prowadź mnie moje granie. Poprzez góry i doliny. Póki starczy mi sił…” – zanuciła i po chwili śpiewaliśmy już wszyscy.

Po niespełna godzinie przemoknięci, lekko zziębnięci, ale szczęśliwi wróciliśmy do naszych namiotów.

Zasypiając nuciłem sobie jeszcze…

„Prowadź melodio nas. Prowadź mnie moje granie. Poprzez góry i doliny. Aż po życia kres…”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s