Oberwanie chmury

Pomimo ponad 30 stopniowego upału okazało się, że hotelowy basen w madryckim hotelu jest otwierany dopiero w lipcu. Może to i jednak dobrze? Pobudka o godzinie 9:00 czasu lokalnego po męczącym, poprzednim dniu była dość ciężkim zadaniem. Krótkie śniadanie i wskoczyliśmy do busa, który zawiózł nas z powrotem na lotnisko. Na pierwszy rzut oka lotnisko w Madrycie nie wydaje się być tak duże. Łatwo go jednak nie docenić. Do naszych bramek dotarliśmy wewnętrzną kolejką, którą jechaliśmy dobre kilkanaście minut. Trzeba o tym pamiętać planując tu przesiadki i założyć jakieś półtorej godziny na przemieszczanie się pomiędzy terminalami.

Po raz pierwszy lecieliśmy Iberią. No cóż… Wydaje się, że lata świetności ta linia lotnicza ma już za sobą. Trochę tak głupio oceniać nam całą linię lotniczą na podstawie jednego lotu, niemniej jednak jakość naszego samolotu, jedzenia i pokładowej rozrywki pozostawiała sporo do życzenia. Sam lot dłużył się więc nam niemiłosiernie. Tym bardziej, że Nina znów postanowiła przespać tylko jedną ósmą całej trasy. Pozostałe siedem ósmych spędzała aktywnie. Tradycyjne zabawy takie jak opowiadanie bajek, rysowanie, robienie dziwnych minek i łaskotki działają w jej przypadku tylko kilka minut. Przez resztę czasu Nina zaspokajała swoje potrzeby eksploracyjne zwiedzając samolot i zaczepiając pozostałych pasażerów.

Przed lotem Iberią

Poli i Lenie zwiedzać się nie chciało. Jak stare wyjadaczki nawet nie spojrzały na stewardessy pokazujące zasady bezpieczeństwa w samolocie. Nie interesowały się też startem samolotu, ani przesuwającymi się później w ślimaczym tempie krajobrazami. Nie dziwię, się bo ciężko było znaleźć natchnienie gapiąc się na chmury przez osiem godzin. Pola zajęła się lekturą. A Lena…? Znamienne jest, że zdecydowana większość pasażerów samolotu miała ze sobą swoje narzędzia rozrywki elektronicznej (tj. laptopy, smartfony, tablety, konsole do gry). Chcąc nie chcąc, Lenie również uruchomiliśmy naszego Samsunga. Witamy w dobie osobistej rozrywki elektronicznej.

Panama przywitała nas ciężkimi, ciemnymi chmurami zwisającymi nad horyzontem. Samolot ledwo się przez nie przebił. Dość krótka i nieskomplikowana kontrola paszportowa, odbiór bagaży i wydostaliśmy się na zewnątrz. Znaleźliśmy się w klimatycznej pralni.

Pierwsze wrażenia z Panama City

Z lotniska odebrał nas Eduardo – nasz znajomy Panamczyk, którego Asia poznała blisko dwadzieścia lat temu jeszcze w trakcie studenckiej praktyki w Wenezueli. Od razu pojechaliśmy kupić bilety autobusowe na kolejny etap naszej podróży do Almirante przy północno-zachodniej granicy Panamy. Później pojechaliśmy do knajpy coś zjeść. Cała Panama żyje mundialem. Na ekranach dosłownie w każdym miejscu można pooglądać zmagania drużyn piłkarskich. My też mieliśmy tę okazję pomiędzy jednym i drugim kęsem ryżu z kurczakiem. Potrawy w panamskich knajpach nie są tanie jak na nasze warunki. Sądziliśmy przynajmniej, że będą tańsze. Za porcję dla osoby dorosłej w średniej jakości restauracji zapłacisz około 12-15 dolarów. Małe piwo kosztuje 3-4 dolary. Mała butelka wody – 2 dolary. To wszystko sprawia, że obiad dla naszej 5-osobowej rodziny to wydatek około 70 dolarów. Nie jest to mało, ale mamy nadzieję, że im dalej oddalimy się od stolicy – tym będzie taniej.

Siedząc w restauracji poznaliśmy co oznacza pora deszczowa w Panamie. Niebo lunęło nam na głowy…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s