Miasto funkcjonariuszy

Do stolicy Państwa Środka dotarliśmy po najdłuższej podróży. Gdy wsiadaliśmy do tego pociągu w Pingyao dochodziła godzina jedenasta w nocy. Blisko trzynastogodzinne, ciągłe stukotanie, turkotanie i sapanie nocnego pociągu szybko ukołysało nas do snu. Tym bardziej, że na ten etap udało się nam kupić najlepsze z możliwych miejsc – tzw. soft sleepers czyli kuszetki w przedziale czteroosobowym. Z naszego szczęścia i komfortu nie cieszyła się chyba tylko dwójka pracowników chińskiej kolei, którzy zajmując nasz przedział zostali z niego w środku nocy dość brutalnie wygnani.

Karmienie w wersji komfort

Pekin przywitał nas ostrym słońcem i blisko czterdziestostopniowym upałem. A niektórzy mówili, że tu nigdy nie widać słońca. Słońce w Pekinie nie wygląda jednak tak samo jak to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Tutaj skrywa się ono za zasłoną lekkiej mgiełki, muślinowej kotary smogu i zanieczyszczeń. Przez pierwszy dzień czujesz, że coś jest nie tak z tym powietrzem. Jest cięższe i jakby pozbawione tlenu. Wdychasz je głębokimi haustami, a i tak masz poczucie jakbyś permanentnie był niedotleniony. Później niby się przyzwyczajasz, ale nie potrafisz wziąć głębszego oddechu bez lekkiego ukłucia.

Pekin jest ogromny. Ogromne są też tłumy w każdym zakątku tego miasta. Na stacjach metra, w parkach, w świątyniach i sklepach. Nie są to tłumy uciążliwe, stojące w kolejkach lub przepychające się do przejścia. W ciągu kilku dnia naszego pobytu tutaj nie widzieliśmy ani jednego przypadku zatoru lub walki o lepsze miejsce. Wszystko tu funkcjonuje jak dobrze naoliwiony mechanizm i jest regulowane przez dziesiątki lub setki tysięcy funkcjonariuszy publicznych. Mamy funkcjonariuszy pilnujących porządku, czyli policję. Mamy funkcjonariuszy sprzątających każdy odcinek atrakcji turystycznych, toalety, hipermarkety i restauracje. Mamy tych od skanowania bagaży przed wejściem na każdą stację metra. Mamy specjalnych funkcjonariuszy sprzedających bilety w autobusach – po jednym na każdy autobus. Ponieważ siła robocza w tym kraju jest tania – mamy funkcjonariuszy publicznych wszędzie i od wszystkiego.

Jeden z wielu funkcjonariuszy w Pekinie

W Pekinie wszystko zajmuje nam więcej czasu niż przewidywaliśmy. Przejazd do docelowej destynacji jedną z trzynastu linii metra zajmuje nam minimum godzinę czasu. Wyjście do pobliskiego sklepu po jakieś produkty na śniadanie – minimum godzinę. Wyjście do restauracji – też godzinę. Zwiedzanie jakiejś atrakcji – jeszcze dłużej. Na to wszystko jeszcze nakłada się duchota, upał, smog, zmęczenie nasze i naszych dzieci. Mieliśmy nadzieję na zwiedzenie mnóstwa atrakcji. Na liście widniało ich minimum kilkanaście. Życie jednak zweryfikowało nasze ambitne plany i po tych kilku dniach możemy skreślić jedynie kilka z nich. Nasze dzieci zakazały nam stąpanie po wielowiekowych posadzkach Zakazanego Miasta. Plac Tienanmen zaledwie udało nam się pooglądać z jego dalekich krańców. Nie wybraliśmy się też do pekińskiego zoo, ani parku rozrywki dla dzieci. Zoo okazało się mało atrakcyjne dla naszych pociech, a park rozrywki – nieautoryzowaną podróbą amerykańskiego Disneylandu z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Do największego w Azji parku wodnego (Water Cube) również nie dotarliśmy z powodu spotkania oka Poli z klamką w „morderczej toalecie”.

 

Środek stolicy Państwa Środka

Udało się nam za to pozwiedzać Świątynię Nieba, Park Jingshan wraz z wystawą ruchomych dinozaurów, jeziorko Houhai, Pearl Market, Pałac Letni i wyprawić się na Wielki Mur. Ale o tym w kolejnym wpisie…

Reklamy

2 myśli w temacie “Miasto funkcjonariuszy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s