Szaolin we łzach

Jeśli czytając ten tekst będziesz kojarzył kung-fu z filmu „Kung-fu Panda” to możesz przestać czytać po tym akapicie. Jeśli jednak kreacje Bruce’a Lee w „Wejściu Smoka” i młodego Jet Li w „Klasztorze Szaolin” z 1979 roku wyżłobiły w Twojej psychice niezatarte bruzdy – poświęć chwilę, a dowiesz się jak mnisi z klasztoru radzą sobie obecnie.

Na wycieczkę do klasztoru wybraliśmy się tylko z Polą. Ja – pokolenie Bruce’a Lee. Ona – Kung-fu Pandy. Reszta naszej ekipy została odpoczywać i zwiedzać Luoyang, bo nie przejawiała związków uczuciowych ze wspomnianymi wyżej bohaterami.

Na dworzec autobusowy dotarliśmy bez problemów. Nasz hotel był zaledwie kilometr od tego miejsca. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w autobusie na sześciu siedzących w nim podróżnych spotkaliśmy małżeństwo z Polski. Okazało się, że przez najbliższe dni będą podążać podobną trasą. Ucieszyliśmy się pomimo tego, że pogoda nie nastrajała zbyt optymistycznie. Szaro-sine chmury zasnuły niebo aż po horyzont, a powietrze zrobiło się jeszcze bardziej lepkie niż dotychczas. Na przekór wszelkim dostępnym prognozom pogody, zaczął padać deszcz. Ponieważ jednak klasztor w Małym Lesie (tłumaczenie słów Shao Lin to Mały Las) jest położony około 90 km od Luoyang, miałem nadzieję, że w tamtych rejonach pogoda będzie lepsza. Myliłem się.

Na bilecie autobusowym za 19,50 Yuana widniała godzina odjazdu – 9:50… Ruszyliśmy około 11:30 i już na wstępie kierowca zażądał od każdego po 5 dodatkowych Yuanów, ponieważ zamierzał nadgonić stracony czas szybszą trasą. I rzeczywiście zamiast planowanych 2 godzin jazdy, na miejsce dotarliśmy po półtorej godziny. „Uczynny” kierowca zaprowadził nas do kasy biletowej, gdzie pani kasjerka sprzedała nam bilety.

Stanęliśmy przed świątynią, a ja w nabożnym skupieniu wyciągnąłem aparat i zacząłem strzelać fotki. Posuwaliśmy się w górę świątyni, ale ta coraz mniej zaczęła przypominać tę, którą zapamiętałem z filmów o Szaolin. No i nie było tam ani jednego mnicha tylko same sklepiki z pamiątkami. Okazało się, że nasz kierowca postanowił zabawić się w przewodnika i rozpoczął objazdową wycieczkę po wszystkich okolicznych atrakcjach. To miała być pierwsza z pięciu zaplanowanych przez niego atrakcji.

Powódź w Szaolin

Dość jasno dałem mu do zrozumienia co myślę o takim pomyśle i po krótkiej, acz gwałtownej wymianie zdań i rzucaniu biletami o podłogę kierowca zgodził się zawieźć nas bezpośrednio do Szaolin. W innym przypadku cieszyłbym się z możliwości pooglądania kilku dodatkowych miejsc, ale zbliżała się już godzina 14:00, a biorąc pod uwagę 2-godzinny powrót chcieliśmy jak najwięcej czasu spędzić w klasztorze, a nie oglądać stragany w mniej sławnych odpowiednikach.

W końcu dotarliśmy na ogromny parking przed właściwym klasztorem. Przed wejściem groźnie piętrzy się figura mnicha-wojownika, a za nią rozpościera się pasaż z różnego rodzaju sklepikami sprzedającymi plastikowe halabardy i chińskie miecze. Cepeliada aż chce się rzygać. Za bilety zapłaciliśmy 100 Yuanów za dorosłego i połowę tej kwoty za dziecko. W to wliczone jest zwiedzanie klasztoru, oraz półgodzinny pokaz umiejętności osób ćwiczących obecnie w klasztorze.

Żelazna sztaba? Łamię takie na głowie.

Organizowane co pół godziny pokazy odbywały się w małym amfiteatrze, ponieważ klasztor tonął w strugach mniej lub bardziej ulewnego deszczu. Wypełniony po brzegi amfiteatr stał się miejscem pokazu magicznych wręcz umiejętności uczniów z klasztoru. Przeczyli prawom grawitacji i zdrowemu rozsądkowi. Oprócz pokazu różnych form łamali żelazne sztabki na głowie lub rzucali gwoździami przez szklaną szybę tak, ze przebijali balon znajdujący się po drugiej stronie szyby nie rozbijając jej. Początkowa ekscytacja szybko jednak ustąpiła skojarzeniom z cyrkiem. Smutna konstatacja. A padający na zewnątrz deszcz wcale nie poprawiał humoru.

Promenady były zapełnione turystami z tanimi parasolkami. Brodząc po kolana w wodzie w końcu dotarliśmy do wrót klasztoru. Aby się tam dostać byliśmy zmuszeni podwinąć spodnie i zacząć doskonalić styl żurawia, czyli wysokie podnoszenie nóg.

Tłumy tanich parasolekTłumy tanich parasolek

Klasztor leży na zboczu góry i ma 7 poziomów. Wchodzi się po nich dość szybko, aczkolwiek warto poświęcić trochę czasu na uważne pooglądanie wszystkich eksponatów. Można tam na przykład dostrzec drzewo z otworami po palcach ćwiczących mnichów (utwardzali w ten sposób palce), naczynia na rozżarzone węgle (hartowali dłonie) lub słynną podłogę z wgłębieniami wydeptanymi przez pokolenia ćwiczących mnichów.

Ja tylko pobieram dobrowolne datki.

Niestety obecnie mnisi są nastawieni nadzwyczaj komercyjnie. Stali się zakładnikami swojej własnej legendy i polityki organów rządowych, którzy w umiejętnościach kung-fu widzą znakomity towar eksportowy. Prawdopodobnie – słusznie. Większość z mnichów okupuje wejścia do poszczególnych kapliczek i pobiera opłaty od modlących się. Część z nich sprzedaje takie wyroby rękodzieła jak klapki czy też specjalnie wytwarzane specyfiki na stłuczenia. Tłum turystów, blichtr i komercja. Skojarzenie z Jasną Górą w Częstochowie jest aż nazbyt prawidłowe.

W ten dzień nad losem klasztoru płakałem ja… i płakało niebo.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s