Góra Tysięcy Schodów i kantor wymiany walut

Taishan to prawdopodobnie najważniejsza, chińska góra. Nie jest może najbardziej imponująca, czy też najpiękniejsza, ale to właśnie tu od tysiącleci pielgrzymowali najważniejsi Chińczycy. Od Konfucjusza, przez pierwszego cesarza Qin, aż po samego Towarzysza Przewodniczącego Mao. Każdy z nich musiał pokonać słynne, ciągnące się w nieskończoność schody, które potrafią nauczyć pokory niejednego twardziela. My pokory nauczyliśmy podróżując z trójką dzieci. Wybraliśmy więc prostszą opcję.

Taksówką z hotelu dotarliśmy do podnóża góry, która znajduje się jeszcze na terenie miasta. Plan był następujący. Płacimy bilety wejścia na górę (140 Yuanów od osoby dorosłej i 80 Yuanów za dziecko). Następnie za 60 Yuanów od osoby w dwie strony zabieramy się autobusem do przystanku ze sklepikami położonego mniej więcej w połowie wejścia na szczyt. To z tego miejsca rozpoczynają się osławione Schody. My wybieramy jednak wagoniki kolejki linowej (za 140 Yuanów od osoby w dwie strony). To znaczy… mieliśmy zamiar wybrać, ale natrafiliśmy na… pewne trudności.

5 Yuanów za zdjęcie. Komu, komu…?

Tak jak na całym świecie, tak i w Chinach „gotówka jest królem”. Wjeżdżając na górę mieliśmy w portfelu ładnych kilkaset Yuanów i kilka kart kredytowych, więc nie podejrzewaliśmy kłopotów. Okazało się jednak, że wysokie ceny dostania się na osławioną górę i skwapliwie liczący turystów Chińczycy, uniemożliwiają nam realizację tego planu. Po prostu zabrakło nam gotówki. Zaczęliśmy szukać więc bankomatu, ale okazało się, że takowego nie ma w promieniu kilku kilometrów. I to w linii prostej. Płatności kartą również nie były możliwe. Mając przy sobie kilkadziesiąt dolarów amerykańskich zaczęliśmy, znanym nam z dzieciństwa sposobem, chodzić i rozglądać się nerwowo na boki wołając „change money, change money”. Dopiero po dłuższej chwili znalazła się jedna Chinka, która akurat znała angielski na tyle, żeby zrozumieć nasz zawoalowany komunikat i która zgodziła się wymienić nam potrzebną kwotę. Patrząc na odsetek dotychczas napotkanych Chińczyków posługujących się angielskim uważam, że mieliśmy sporo szczęścia, któremu trochę dopomogła Asia. Owa Chinka bardzo chciała zrobić sobie zdjęcie z Ninką na rękach, a Asia zażartowała, że nie ma sprawy, ale zbieramy po 5 Yuanów od zdjęcia, bo zabrakło nam gotówki i nie ma gdzie wymienić dolarów. I to właśnie ona zaoferowała się, że je nam wymieni.

Okazało się, że kolejka nie wjeżdża na sam szczyt. Od stacji końcowej do samego szczytu było jeszcze kilka kilometrów po wznoszących się i opadających chodnikach i schodach. Rozpoczęliśmy więc mozolną wędrówkę pod górę.

Pola przed stacją kolejki linowej. W oddali kolejne schody.

Sama góra Taishan jest urokliwym miejscem. Surowe piękno krajobrazu. Niesamowicie długie i strome schody. Świątynie, które co krok mienią się czerwienią chińskiego koloru szczęścia i pomyślności. Starożytne napisy chińskie poświadczające jak wiele stuleci góra ta ogląda pielgrzymów z całego świata. To wszystko robi naprawdę duże wrażenie, aczkolwiek każdy pewnie musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie, czy wrażenia te potrafią zrekompensować wysoką cenę tej wycieczki.

Nie mogą schody wyjść nigdy z mody…

Na nasze problemy z dostaniem się na górę zmitrężyliśmy zbyt dużo czasu, więc na samym szczycie spędziliśmy trochę mniej niż godzinę czasu i już musieliśmy wsiadać do powrotnego wagonika kolejki. Zziajani, spoceni, ale mimo wszystko zadowoleni udaliśmy się do klimatyzowanego hotelu, aby dać odpocząć zmęczonym nogom. Pola zgłosiła wniosek formalny o usunięcie schodów w naszym domu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s