Singapur – lampiony i ciasteczka

Nie będę zbyt długo rozwodził się nad tym, dlaczego z opóźnieniem wylecieliśmy z Denpasar. Umówmy się, że skwituję to lakonicznym stwierdzeniem – „kłopoty techniczne”. Miła pani z obsługi linii lotniczych poinformowała nas, że będziemy zmuszeni spędzić kilkanaście godzin w Singapurze. Po dwóch, z małym hakiem, godzinach lotu wylądowaliśmy więc w Singapurze w klimacie zgoła innym od balijskiego.

Tuż po wyjściu z klimatyzowanych pomieszczeń lotniska poczuliśmy się jak w łaźni. Wilgotność powietrza w tym dniu wynosiła 86%, co w połączeniu z 32 stopniami temperatury powodowało duży dyskomfort u nas – typowych przedstawicieli rasy kaukaskiej.

Drogę z lotniska do chińskiej dzielnicy położonej w centrum Singapuru przebyliśmy w pół godziny taksówką, która kosztowała ok. 22 USD. Zwiedzanie rozpoczęliśmy już w taksówce, z której okien roztaczał się obraz na to bajkowe miasto gdzie tradycja miesza się z nowoczesnością. Singapur jest państwem – miastem zajmującym tylko 693 km2 powierzchni, czyli ciut więcej niż nasza Warszawa. Gęstość zaludnienia jest tam jednak dwukrotnie wyższa niż w stolicy Polski. Odwrotnie ma się rzecz ze średnim dochodem na mieszkańca. W Polsce jest on dwukrotnie niższy niż w Singapurze. Efekt jest taki, że Singapur przynajmniej w tej centralnej części, zachwyca przyjezdnego świetnie utrzymaną infrastrukturą, wyszukanymi architektonicznie budowlami i wszechobecnym porządkiem.

Park w kształcie statku na dachach trzech wieżowców. Co jeszcze człowiek potrafi wymyślić?

We wrześniu, w kulturze chińskiej, obchodzony jest Mid Autumn Festival zwany również Festiwalem Księżycowym. Festiwal ten znany jest z dwóch rzeczy. Z tego, że Chińczycy puszczają lampiony i z tego, że zjadają tysiące ton tzw. ciasteczek księżycowych. Lampiony były obecne na całym obszarze Chinatown i poza nim. Obwieszone były nimi kładki dla pieszych, domy i latarnie. Lampiony były różnej wielkości, w różnych kształtach, zrobione z papieru. Tradycyjne – czerwone i różnokolorowe oświetlały wieczorem stragany, większe sklepy, restauracje i hotele. W dzień Singapur wyglądał jak różnokolorowa papuga. Wieczorem – jak ta sama papuga uczestnicząca w balu przebierańców.

Różnokolorowy Singapur

O ile w dzień Chinatown w Singapurze wydawał nam się lekko zmęczony, o tyle wieczorem – ożywał. Stawał się zbiorowiskiem ludzi śpieszących się coś zjeść, coś kupić, sprzedać czy załatwić. Turyści objadali się chińszczyzną, a kupcy na straganach zachwalali swoje towary. Widząc na Twojej piersi aparat konkretnej marki sprzedawcy proponowali Ci do niego filtr, lampę i opakowanie. Śledzili Twój wzrok i jeśli tylko spoczął on na którymś z ich towarów, od razu podsuwali Ci go pod sam nos oferując super cenę… oczywiście do dalszej negocjacji. Te techniki nie były nam obce, choć dzieci okazywały się wobec nich bezbronne.

Kolorowe lampiony ozdobione przez dzieci

W ciągu kilku tygodni Festiwalu Księżycowego Chińczycy na całym świecie zjadają mnóstwo księżycowych ciasteczek. Ciasteczka te są okrągłe lub kwadratowe i ozdabia się je chińskimi znakami. Są one grube i ciężkie, a to wszystko przez nadzienie. Tradycyjne ciasteczka mają nadzienie z pasty z lotosu, czerwonej fasoli lub owoców i orzechów. Te, które próbowaliśmy były przepyszne, choć kupiliśmy je w zwykłym supermarkecie, a nie w jakiejś wyszukanej cukierni. Opuszczając Singapur zaopatrzyliśmy się w kolejne dwie paczki na drogę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s