Podróż do raju

Po nocy spędzonej w Padangbai na wschodnim wybrzeżu hinduistycznego Bali wyruszyliśmy na muzułmański Lombok, a właściwie na Gili – wysepki położone blisko zachodniego wybrzeża Lombok. Gili było opisywane we wszystkich przewodnikach, oraz przez wszystkich znajomych jako wspaniałe miejsce z przepięknymi plażami, kryształowo czystą wodą i bardzo dobrze zachowanymi rafami. Postanowiliśmy to sprawdzić.

Wbrew naszym poprzednim doświadczeniom wykupiliśmy całościowy transport obejmujący podróż promem z Bali na Lombok do portu w Lembar, podróż busem z Lembar do Bangsal – miejsca z którego odpływały łodzie na wyspy i sam transport łodzią na Gili. Sprzedający bilety zarzekał się, że podróż promem będzie trwała 3 – 4 godziny. No, maksymalnie 4 i pół. Wypłynęliśmy więc pełni nadziei, że już niedługo znajdziemy się w naszym raju.

Żegnaj nam dostojny stary porcie

Warunki w jakich przyszło nam spędzić kolejne kilka godzin dość znacznie odbiegały od standardów do jakich przywykł statystyczny europejczyk. Wystarczy powiedzieć, że stalowy pokład promu znacząco wpłynął na krzywizny naszych pośladków.

Przed podróżą warto zaopatrzyć się w artykuły pierwszej potrzeby takie jak wodę i coś do jedzenia. Przed wypłynięciem prom jest co prawda oblegany przez handlarzy, ale bladym europejczykom oferują oni swoje produkty po cenie kilkukrotnie wyższej niż swoim rodakom. Przed wejściem na prom warto również spojrzeć, z której strony świeci słońce, które burty będą się nagrzewać i gdzie będzie można znaleźć cień. Te informacje pomagają przetrwać męczącą podróż na pokładzie. W pomieszczeniach bowiem autochtoni, gdy tylko rozłożą się na siedzeniach, zaczynają palić. Niepalący, nie wspominając już o dzieciach, nie ma prawa wytrzymać tam dłużej niż kilkanaście sekund. Efekt jest taki, że prom łagodnie sunie po falach ciągnąc za sobą kłęby dymu z kominów i z otwartych okien sekcji pasażerskiej.

Stalowy pokład wpływa na krzywizny naszych pośladków

W porcie Lembar na wyspie Lombok czekali na nas zaganiacze, którzy kierowali lekko zdezorientowanych turystów do zdezelowanych busów. Należy uważać, żeby trafić do busa obsługiwanego przez firmę, w której wykupiłeś transport bo inaczej będziesz musiał zapłacić po raz drugi. Po zapakowaniu kilkunastu osób do ośmioosobowego busa pojechaliśmy do Bangsal – miejsca, z którego odpływały łódki na wyspy Gili. Gdy już dotarliśmy na czarną plażę, z której odpływały kolorowe łódki, musieliśmy poczekać kolejną godzinę, przy czym nikt nie potrafił nam dokładnie powiedzieć na co właściwie czekamy. Niektórzy, bardziej krewcy turyści irytowali się próbując dopytywać się szwędających się dookoła różnej maści „szefuńciów”, ale nie na wiele się to zdało. My spędziliśmy czas na robieniu zakupów i kilku zdjęć na tle kolorowych łódek. Doszliśmy z Asią do wspólnego wniosku, że nawet w Ameryce Południowej mają lepiej zorganizowany transport. Viva manana!

Kolorowe jarmarki w Bangsal

Transport na i z wyspy Gili w Bangsal jest doskonale zorganizowany jeśli chodzi o… zarabianie na turystach. Gdy tylko podpływa łódź lecą do Ciebie ludzie, którzy wyglądają jak obsługa łodzi, ale nią nie są. Uczynnie pomagają przenosić na łódź bagaże, a na końcu żądają wysokiej zapłaty. Sami byliśmy ofiarami takiej pomocy przy czym w roli bagażu wystąpiły Pola i Lena. Za pomoc wejścia na łódkę naszym córkom (odległość ok. 5 – 10 metrów z plaży do łódki) lokalni tragarze żądali horrendalnych napiwków, a po otrzymaniu mniejszych – spluwali ze wzgardą.

Wracając z wysp, będąc już mądrzejszymi, nie chcieliśmy wynająć taksówki bezpośrednio na wybrzeżu w Bangsal ponieważ wiedzieliśmy, że ceny tam dyktuje „mafia”. Pół kilometra dalej można było znaleźć taksówki kilkukrotnie taniej. Traf chciał, że na łódce poznaliśmy ludzi z Niemiec, którzy zaoferowali nam własny transport. Gdy dowiedzieli się o tym lokalni taksówkarze, rozpoczęli za nami pościg krzycząc i grożąc na zmianę. Na przedstawicielach zahartowanej w bojach Słowiańskiej rasy 🙂 taka demonstracja nie zrobiła większego wrażenia, ale przerażony Niemiec zgodził się uiścić „okup” za podwiezienie nas – cenę zbliżoną do wynajęcia taksówki przez nas samych. Do tej pory nie potrafię tego zrozumieć.

Kończąc historię podróży na Gili… zamiast sześciu, podróż zajęła nam dziewięć godzin. Gdy dotarliśmy w końcu na wyspę Gili Meno, powitała nas kolejna „mafia” – tym razem właścicieli bryczek. Zmęczeni, głodni, brudni i z płaczącymi dziećmi, po bardzo krótkich negocjacjach, uiściliśmy „podatek turystyczny” za bryczkę i kazaliśmy zawieźć się do naszych bungalowów. Ale w końcu znaleźliśmy się w raju!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s