Higiena małego podróżnika

Nie jest łatwo rodzicom przyzwyczajonym do europejskich standardów higieny spokojnie podróżować po egzotycznych, jakby nie było, krajach. Lekarstwa i środki higieniczne stanowią pokaźny procent wagi naszego bagażu. Sama reklamówka ze środkami do dezynfekcji, plastrami i środkami na bóle brzucha ważyła ze dwa kilogramy. Dla rodziców nie ma bowiem nic bardziej frustrującego niż maluch narzekający na brzuszek, otarcie stopy lub jakiś inny uraz. Ten wpis jest pisany z perspektywy rodziców, którzy zarówno sami nie mieli nigdy poważniejszych problemów zdrowotnych za granicą, jak i ich dzieci nie doświadczyły takich perturbacji. Oczywiście perspektywa zmienia się diametralnie w przypadku negatywnych doświadczeń dlatego nawet nie będę udawał, że potrafię postawić nas w takiej właśnie sytuacji. Niemniej jednak tym wpisem postaram się przybliżyć problematykę higieny europejskiej rodziny na wakacjach w Indonezji.

Przed przyjazdem na Bali słyszeliśmy opowieści o szalejących chorobach, malarii i szczepieniach ochronnych. Ostrzegano nas przed piciem napojów z butelek, myciem zębów w bieżącej wodzie i jedzeniem owoców. Po dwóch tygodniach spędzonych tutaj mogę powiedzieć, że warto ostrożnie podchodzić do tych tematów i nie kusić losu, ale nie należy wpadać w panikę. Organizm powinien przyzwyczajać się do spożywanych potraw i bakterii.

Warto stosować się do kilku reguł. Zęby warto myć wodą z  butelek. Napoje warto pić przez słomki, choć kupowaliśmy również napoje w miejscach gdzie słomki były bardziej brudne niż sama butelka. Nie powinno się jeść owoców mytych w tutejszej wodzie kranowej. Powinno się unikać jedzenia lodów i picia napojów z lodem, choć tu wiele zależy od restauracji i wody, z której sporządzany jest lód. My żywiliśmy się zarówno w wyszukanych restauracjach, jak i na ulicznych straganach i jak do tej pory (odpukać) nie mieliśmy żadnych problemów żołądkowych. Na takie problemy zresztą często pomaga niezawodna coca-cola i ryż w dużych ilościach. Przy takiej diecie biegunka nie ma szans.

Dotychczas największą naszą zmorą były bakterie mogące przedostać się do organizmu naszych pociech w trakcie „spożywania” własnych rąk, oraz urazy mechaniczne. Pod pojęciem „spożywania rąk” mam na myśli ssanie palucha przez malca. Lence (lat 3,5) jeszcze zdarza się ssać paluszek, a przy jedzeniu posługuje się bardziej swoimi rękami niż sztućcami. Większości problemów można uniknąć stale myjąc ręce i dezynfekując je przed jedzeniem specjalnymi płynami / żelami. Dlatego przed wyruszeniem na posiłek plecak lub kieszenie warto zaopatrzyć w taki właśnie żel. Nie da się jednak uniknąć wkładania brudnych rączek do buzi więc należy do tego podejść z odpowiednim spokojem. O ile drogi rodzicu – potrafisz.

Jeśli zaś chodzi o urazy mechaniczne i możliwe zakażenia to również sprawę należy traktować poważnie, ale zdroworozsądkowo. Wyruszając nawet na krótki spacer warto mieć ze sobą jednorazowe opatrunki, gazy, plasterki lub inne tego typu pomoce. Chodniki (jeśli w ogóle są) bywają zdradliwe dla małego wędrowca, ścieżki wyboiste, a plaże pełne ostrych koralowców. Nie da się więc uniknąć drobnych skaleczeń, otarć, gorzkich łez i bólu. Ale te szybko mijają po przyklejeniu plasterka i odpowiednim pocieszeniu pociechy. Jako rodzice pomagamy wówczas przezwyciężyć małe przeszkody nie zabijając równocześnie potrzeby eksploracji. Nasze dziewczyny po kilku dniach miały po kilka ran – każda.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s