Małpi biznes i piesze wycieczki

W czwartek dotarliśmy do Ubud. To miasteczko balijskiej bohemy jest również siedzibą króla. Okazało się, że w dniu naszego przybycia odbywała się tu ceremonia kremacji babci króla, na którą przybyło mnóstwo gości z różnych zakątków wyspy. Na uroczystość przybyło również wielu przedstawicieli rządu ponieważ ich limuzyny mijały nas na wąskich dróżkach migając na nas ostrzegawczo kogutami i trąbiąc donośnie. Widać przyzwyczajenia władzy są podobne niezależnie od długości i szerokości geograficznej. Nam udało się dotrzeć do Ubud już po ceremonii, więc ominęły nas atrakcje całopalenia kilkunastopiętrowego stosu pogrzebowego, ale też ominęły nas korki.

Nasz hotelik (Cofee and Copper) okazał się być położonym tuż obok Małpiego Lasu – sanktuarium małp. Dwupiętrowy domek, który wynajęliśmy na trzy dni kosztuje 60 dolarów za dzień ze śniadaniem. Basenik przed nim pomaga bardziej chyba zaspokoić pragnienie wszędobylskim małpom niż  pływaniu homo sapiens, ale i tak stanowi nie lada radość dla dziewczynek.

Małpy na Bali ogólnie są bardzo rozpuszczone i zdają się nie znać swojego miejsca w szeregu… a właściwie w łańcuchu ewolucji. Poranne śniadanie w naszym hoteliku trzeba spożywać z długim kijem bambusowym w zasięgu ręki. Wszelkiego rodzaju okulary, ręczniki i inne rzeczy warto zdejmować z tarasu chyba, że chce się zobaczyć jak ten humanoidalny przedstawiciel tutejszej fauny próbuje wmusić w siebie twoje kąpielówki. Dla dzieci jednak tak bliskie obcowanie z małpami zawsze stanowi wielkie przeżycie. No tak, one przecież bez większych problemów mogą kąpać się bez kąpielówek.

Na pierwszy dzień pobytu wybraliśmy się na wycieczkę pieszą. Chcieliśmy zobaczyć oczywiście pałac króla i w zależności od kondycji przebyć 6-cio lub 8-mio kilometrową trasę widokową. Po przebyciu około kilometra dotarliśmy więc do pałacu, gdzie widoczne były jeszcze ślady wczorajszej ceremonii. Na dziedzińcu kręciło się sporo japońskich turystów, a my z wystawionych tam zdjęć dowiedzieliśmy się jak wyglądała kremacja. Poza tym Pola i Lena dorwały się do wciąż wystawionych tam dzwonków i cymbałków i urządziły wszystkim mały koncert. Brzmiało to trochę tak, jakby Requiem dla babci królowej napisał chory na epilepsję perkusista. Sądzę, że jeśli potrwałoby to jeszcze chwilę to sam król wywaliłby nas stamtąd na zbity pysk. Ruszyliśmy więc dalej…

…nie wzięliśmy jednak pod uwagę nachylenia tutejszych stoków, wysokiej wilgotności powietrza oraz temperatur. Po jakiś kilkuset metrach „odpadła” nam Lenka. Tatuś musiał więc ruszyć w drogę obciążony dwoma pakunkami, w tym tylko jednym, który mu się nie ślinił na czapkę . Ale to i tak nic w porównaniu do Asi, która cały czas musi dźwigać swój „pakunek” ze sobą. Po mniej więcej dwóch -trzech kilometrach daliśmy więc za wygraną i postanowiliśmy tylko pooglądać pobliskie poletka ryżowe. Jutro bierzemy taksówkę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s