Taksówki, karma i targ rybny

Rano zerwaliśmy się z mocnym postanowieniem wyruszenia w dalszą drogę. Biorąc pod uwagę jednak poranne naleśniki na plaży i kąpiel w basenie – wyruszyliśmy dopiero około 10:30. Nasze miejsce, w którym spędziliśmy ostatnich kilka dni miało prawie same zalety. To „prawie” dotyczyło transportu. Ponieważ nasze bungalowy były oddalone od głównej drogi kilka kilometrów, na miejscu rządziła mafia taksówkowa. Okazało się więc, że wczorajsza przejażdżka taksówką za 20 baksów, która trwała pół dnia – tutaj jest nieakceptowalna. Ceny za podobnej długości wycieczkę zaczynały się od 60 dolarów. Na Bali, tak samo jak i w zdecydowanej większości krajów w tej części świata, należy się targować. Niepisaną zasadą jest, że autochton rzuca Ci na wstępie cenę, Ty proponujesz około jedną trzecią jego ceny i później spotykacie się gdzieś pomiędzy zaproponowaną przez Ciebie jedną trzecią jego ceny i połową. Ale jak tu negocjować z mafią, która posiada wszystkie taksówki w okolicy?

Taksówkarze zazwyczaj sami nie posiadają samochodów i wynajmują je od swoich bossów. Jest to również jeden z miliona argumentów, których używają przy negocjowaniu ceny. Negocjacje takie czasami zabierają sporo czasu. Taksówkarz tłumaczy Ci wówczas jaką niesamowicie dobrą cenę nam oferuje, ile to prowizji musi odprowadzić do swojego Bossa i jakie to mamy szczęście, że trafiliśmy właśnie na niego, bo mógł się przecież zdarzyć nieuczciwy taksówkarz. Dla mieszkańców Bali każdy turysta jest nie lada bogaczem, bo jeśli mógł sobie pozwolić na przyjazd na ich wyspę, to pewnie ma ich nadmiar. Ciężko jednak jest dyskutować z kimś, kogo rzeczywiście nie stać na to, aby kiedykolwiek wyjechał poza swoją wyspę. Chcąc, nie chcąc, tym razem zapłaciliśmy frycowe mafii i wyruszyliśmy do kulturalnej stolicy Bali – miasteczka Ubud.

Balijczycy w zdecydowanej większości są hinduistami. Z tego co się dowiedzieliśmy od wiozącego nas dzisiaj Ketuta wierzą w Boga w trzech postaciach – Brahmę, Wisnu i Siwę, reinkarnację i karmę. W skrócie – dobra karma jest za dobre postępowanie, a  zła karma – za złe. Nie przeszkadza im to jednak „kroić” turystów na każdym kroku tak, jakby karma nie dotyczyła ludzi spoza ich kręgu kulturowego.

Pierwszym etapem na drodze do Ubud był targ rybny w Jimbaran. Warto jest zobaczyć rybaków i ich kolorowe łodzie wyciągnięte na brzeg, sprzedawców zachwalających swoje ryby i owoce morza i kupujących.

Warto jest poczuć woń morza, ryb i węgla drzewnego z okalających targowisko grillów. Najlepiej szerokim łukiem ominąć restauracje, które od czasu gdy targ opisano w jakimś przewodniku dla zachodnich turystów, wchłaniają dziesiątki uśmiechniętych Australiczyków i od razu skierować się na sam targ. Tam, najlepiej nabyć kilkanaście olbrzymich krewetek lub jakąś rybę i oddać ją do smażenia na grillu. Po chwili, przyprawione, pachnące i przypieczone na rumiano wrócą do Ciebie i spowodują, że prawie udławisz się śliną.

Na targu można zobaczyć przeróżne ryby i owoce morza. Począwszy od gigantycznych, obłych tuńczyków, dwumetrowych barrakud, przez setki ryb mniejszych rozmiarów, ośmiorniczki, kałamarnice, aż po przeróżnej wielkości krewetki, małże i inne skorupiaki. Najwięcej zabawy miały dziewczyny, które raz po raz piszczały widząc jakąś rybę z wybałuszonymi, szklistymi oczyma i wielkimi zębiskami. Bohaterska Pola po krótkich namowach odważyła się wsadzić palec w paszczę leżącego tuńczyka lub chwycić za skorupkę związanego kraba.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s