Padang Padang, Uluwatu Uluwatu

Środę do południa spędziliśmy na podziwianiu surferów i ich wyczynów na lokalnej plaży Balangan. Nasze malowniczo położone domki okazały się wspaniałą bazą wypadową na pobliską plażę, na której zazwyczaj zaczynaliśmy i kończyliśmy dzień. Śniadanie przy pustej, przeogromnej plaży, złożone z naleśników lub omletów po 2 dolary na długo pozostanie w naszej pamięci.

W tym miejscu zatrzymam się na chwilę i opiszę problemy jakie mają rodzice z dziećmi, które jedzą mało i to tylko potrawy, które znają. Nasze starania, aby spróbowały jakiś lokalnych potraw zawsze kończyły się fiaskiem. I jeśli w naszym jadłospisie jak na razie królują różne odmiany  makaronu i ryżu, tak u dzieci królują naleśniki, sam ryż (broń Boże, żeby był polany jakimś sosem), makarony i kurczaczki a’la nuggets. Pewnie jeszcze nie raz napiszemy o tych problemach.

Po południu pojechaliśmy do polecanej świątyni Uluwatu (Pura Uluwatu). Po drodze mieliśmy jeszcze zamiar odwiedzić plażę Padang Padang. Najlepszym sposobem na poruszanie się w miarę liczną rodziną po Bali jest wynajęcie taksówki. Udało mi się zatrzymać taksówkarza o swojsko brzmiącym imieniu Bagush (Boguś?), który za całą wycieczkę, która trwała około 4 godzin wziął trochę ponad 20 dolarów. Będę podawał ceny w dolarach przeliczając 10 000 indonezyjskich rupii na 1 dolara choć w rzeczywistości jest to trochę ponad 1 dolara.

Padang Padang okazała się piękną, małą i… zatłoczoną do granic możliwości plażą. Żeby upolować zdjęcie moich córek, bez kręcących się dookoła innych turystów musieliśmy sporo czekać, a i tak ciężko było uchwycić taki kadr, żeby ktoś w niego nie wlazł. Porównując do „naszej” plaży Balangan, Padang Padang miało lepsze jedyne zejście, które prowadziło pomiędzy skałami. Bez żalu opuściliśmy więc to miejsce, choć być może o innej porze dnia, lub bardziej może nocy, Padang x2 wyglądałby równie pięknie.

Po plaży przyszedł czas na pierwszą na Bali świątynię. Przyzwyczajeni do strzelistych wieżyc naszych kościołów, wzniosłych świątyń wzniesionych przez cywilizacje prekolumbijskie, czy nawet budowli sakralnych Azji Południowo-Wschodniej liczyliśmy na bardziej rozbudowaną architektonicznie strukturę. Pura Uluwatu okazała się wzniesionym na fantastycznym, pewnie kilkusetmetrowym klifie, miejscem ceremonialnym z bardzo długą betonową ścieżką prowadzącą brzegiem tego klifu. Sama świątynia mnie osobiście rozczarowała, choć muszę przyznać, że naturalnie ukształtowane klify i samo położenie robiło duże wrażenie.

Świątynia ta jest siedliskiem dość agresywnie nastawionych małp, które zamieszkują całą okolicę. Małpy dokarmiane są czapkami, okularami, butelkami i zapalniczkami przez tłumnie odwiedzających to miejsce turystów. Przed wejściem autochtoni oczywiście sprzedają banany, ale te należy szybko wyrzucić jakieś trzy metry po wejściu na teren świątyni ponieważ małpy są bardzo agresywne widząc pożywienie. Głodne małpy porywają więc wszystko czego turyści w danej chwili nie pilnują – czyli prawie wszystko. Małpy może odstraszyć jedynie silny kopniak, strzał z procy lub zdzielenie kijem… czego oczywiście nie polecam 😉 bo to przecież podobno sympatyczne zwierzątka, a poza tym – jak mówią Balijczycy – zła karma.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s