Dochodzimy do siebie

Dzisiejszy dzień mieliśmy zarezerwowany na dochodzenie do siebie po długiej i męczącej podróży. I tak pewnie by się stało gdyby nie zmiana stref czasowych, która sprawiła, że obudziłem się przed siódmą lokalnego czasu. Ponieważ moje dziewczyny jeszcze spały, udałem się nad morze. Okazało się, że nie tylko ja nie mogłem spać. Z malowniczego klifu, na którym stoją nasze domki roztaczał się widok na zatokę z plażą, kilkoma knajpkami i morze upstrzone kilkunastoma surferami czekającymi na Tę Jedną Falę.

Okazało się, że amerykańskie serwisy pogodowe znowu się pomyliły i mały deszczyk skropił ziemię tuż przed nastaniem poranka. To jednak nadało krajobrazowi trochę świeżości. Schodząc na plażę zauważyłem typową poranną krzątaninę autochtonów transportujących kokosy do swoich barów i rozstawiających leżaki i parasole dla bogatych turystów. Tych ostatnich okazało się, że nie ma jednak zbyt wielu, więc w ciągu dnia plaża nie była tak bardzo zatłoczona jak się obawialiśmy.

Po porannym  posiłku udaliśmy się w jedyne sensowne miejsce jakie może udać się zmęczony drogą turysta – na hotelowy basen. Pluski i piski naszych latorośli skutecznie odstraszyły amatorów spokoju i dobrej książki, więc po chwili nad basenem zostaliśmy sami. Dopiero koło jedenastej i dwóch godzinach udawania Rekina udało mi się wyciągnąć dziewczyny z wody i zaciągnąć nad morze. Poskutkowała obietnica spotkania z małpkami, które widziałem odwiedzając plażę rano. Małpki stanowiły atrakcję, której nawet moje córki nie potrafiły odmówić.

Potem już było z górki. Kąpiel w morzu, kolejne krzyki i piski gdy fale zwalały z nóg, zasypywanie taty piaskiem i ogólne dziewczęce swawole z Asią. Na koniec szukanie krabów podczas odpływu i spacer po obrośniętych glonami skałach.

Osobiście jak na razie zawiodłem się nie tylko na amerykańskich prognozach pogody (miało być słonecznie, a tu słońce owszem, ale zza chmur), ale również na daniach serwowanych przez lokalną kuchnię. I to nie tylko lokalne knajpki na plaży, ale również tę naszą „restaurację hotelową”. Nasi Goreng Seafood tylko z nazwy miał coś wspólnego z owocami morza. No chyba, że za przedstawicieli fauny morskiej należało uznać te dwie krewetki wielkości mojego najmniejszego paznokcia, które znalazłem zagrzebane pod stosem ryżu. Za to świeży kokos smakował tak, jak go sobie zapamiętałem. A moje córki znając z naszego kraju hipermarketowy, lepko – słodki smak tak zwanych produktów kokosowych, też dały się na niego namówić. Uwieczniłem nawet ich pierwszy i zarazem ostatni łyk „mleczka kokosowego”. Później już nie chciały go ruszyć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s