Podziemna Rzeka

Po trzech dniach pożegnaliśmy Arkadię i w drodze powrotnej postanowiliśmy odwiedzić wpisaną na listę Cudów Natury UNESCO – Podziemną Rzekę. Bilety, które kosztowały nas 1300 Peso (91 PLN) były załatwione prze Robbiego współpracującego z Arkadią i umożliwiły nam wciśnięcie się na łódkę bez konieczności czekania w kolejce turystów. Z Sabang do Podziemnej Rzeki płynie się około 15-20 minut łódką po czym po krótkim przejściu przez dżunglę wsiadasz do mniejszej łódeczki i wraz z przewodnikiem wyruszasz w głąb wykutej siłami natury jaskini. Według informacji przewodnika, początki powstawania tych formacji skalnych datuje się na ok. 2,5 mln lat temu! Od tego czasu natura cierpliwie, milimetr po milimetrze, tworzyła swoje dzieło rozpychając skały i kreując zadziwiające formacje skalne.

W gęstniejącej z metra na metr ciemności reflektor przewodnika wyłapywał fantazyjne formy stalaktytów i stalagmitów. Mienią się one dziesiątkami odcieni czerni, szarości i brązów. Skały gdzieniegdzie pokryte są guano tysięcy nietoperzy, które dokładają swoją cegiełkę do niepowtarzalnego kolorytu tego miejsca. Co jakiś czas reflektor przewodnika oświetla jakąś szczególnie charakterystyczną skałę, która rzeczywiście przypomina kształtem jakiś przedmiot lub osobę. W najwęższych miejscach Rzeka ma kilka metrów, a sufity zawieszone są na wysokości pierwszego piętra. W innych miejscach jaskinie otwierają się tworząc przestrzenie godne katedry, wysokie nawet na 65 metrów! Wszystko zatopione w gęstej ciszy przerywanej jedynie czasami przez jakiś dodatkowy komentarz przewodnika. Dzięki udostępnionemu przy wejściu zestawowi słuchawkowemu automatyczny przewodnik opowiada o historii tego miejsca i odwiedzanych atrakcjach.

Podziemna Rzeka ma ponad 7 km długości, przy czym dla zwiedzających udostępniono nieco ponad kilometr. Cała wycieczka, wraz z podróżą łódką z Sabang, zajmuje blisko 2-3 godziny, ale nawet pomimo sporej liczby odwiedzających zdecydowanie warto poświęcić ten czas.
Po powrocie do Sabang udało się nam zjeść obiad i wynająć busa do El Nido na północy Palawanu. Za taką przyjemność musieliśmy niestety słono zapłacić (5000 Peso czyli ok. 350 PLN), ale ta podróż to prawie 6 godzin jazdy.

Filipińska szkoła i kózki na plaży

Oprócz poczucia totalnego odosobnienia Arkadia oferuje takie atrakcje jak wyprawę do pobliskiej wioski, czy też Island Hopping czyli wycieczkę łodzią na okoliczne wyspy i plaże.
Wycieczka do wioski związana jest z około godzinną wyprawą, podczas której wędrujesz przez dżunglę, przemierzasz puste plaże, wspinasz się po wydrążonych w skale schodach i przechodzisz po chybotliwym moście linowym. Nie jest to oczywiście wyprawa ekstremalna, ale wszystko razem składa się na fajną wycieczkę rodzinną.
Sama wioska, jak i kilka innych tu odwiedzonych, wydawała się nam trochę lepiej zorganizowana i utrzymana niż jej odpowiedniczki w innych krajach regionu. Wiele obejść posiadało swoje płotki, czy też rabaty kwiatowe. Obejścia były dobrze utrzymane i pomimo oczywistych oznak ubóstwa wydawało się nam, że gospodarstwa domowe są tu sprawnie zarządzane.

Każda odwiedzana przez nas wioska nie mogła się obejść bez dwóch rzeczy. Pierwszą z nich była szkoła. W wiosce Marufinas, która według słów naszej przewodniczki liczy około 100 gospodarstw domowych, mieliśmy okazję z bliska zobaczyć, jak wygląda codzienna edukacja. Po krótkich negocjacjach wparowaliśmy na lekcję i opowiedzieliśmy trochę o naszym kraju. Na szczęście nie wykasowałem z telefonu kilku filmów z naszych zimowych zabaw w Polsce. Filmy z 7-letnią Niną zjeżdżającą na nartach i z Asią robiącą „orzełka” na śniegu zrobiły istną furorę. Filipińskie dzieciaki z rozdziawionymi buziami obserwowały czynność odśnieżania samochodu zasypanego półmetrową warstwą śniegu.

Drugą rzeczą, którą można spotkać na Filipinach dosłownie z każdym miejscu jest… boisko do koszykówki. Zresztą nie zawsze mowa tu o pełnowymiarowym boisku. Czasami jest to zwykły kawałek obręczy zawieszony na jakimś drzewie. Takie miejsca można spotkać zarówno w środku dżungli, na plaży czy też w środku miasta. Koszykówka bowiem to sport narodowy na Filipinach, który został tu, podobnie jak język angielski, na skutek amerykańskich wpływów w tym regionie. W sumie to dość dziwne, ponieważ Filipińczycy jako nacja do wysokich nie należą, ale nadrabiają to świetną ruchliwością i koordynacją ruchów oraz skocznością. Ze swoimi 176 cm wzrostu miałem lekką przewagę wzrostu próbując z nimi grać na piaskach niebiańskiej plaży Seven Commandos w El Nido. Zapytacie się jak się gra na plaży? Tak samo jak na Sali gimnastycznej, tylko o wiele trudniej jest kozłować. 😉

Jeśli chodzi o Skakanie po Wyspach w tym regionie to udało się nam ono połowicznie. Na dwa odwiedzane przez nas miejsca jedno (Isla Felomina) niestety wymagało specjalnych butów do wody, których niestety nie mieliśmy. Dość silne fale przetoczyły nas kilka razy po rafie powodując otarcia i drobne rany. Na szczęście na miejsce przypłynęły panie z pobliskiej wioski zwanej Wioską Kwiatów, które zaopiekowały się zarówno uiszczeniem przez nas odpowiedniej kwoty za możliwość nurkowania na rafie jak i naszymi poranionymi kończynami. Gencjana poszła w ruch i po kilku chwilach tylko brązowe ślady na stopach i rękach przypominały nam o tych otarciach. Zresztą nawet i te wspomnienia zatarły się po odwiedzinach na kolejnej rajskiej plaży. Tylko dwie wyciągnięte na brzeg łódeczki i kilka małych kóz świadczyły o tym, że w okolicach mieszka jakiś lokalny Robinson z Piętaszkową (lub Piętaszkiem, bo na Filipinach różnie bywa 😉). Zabawa z malutkimi koźlątkami na złocistym piasku, przy błękitnym niebie i soczystej zieleni dżungli były świetnym zwieńczeniem tej wycieczki.

Arkadia

Na miejscu przywitał nas Tomek – właściciel tego miejsca. Ten niewysoki, czterdziestoparoletni Polak wraz ze swoją żoną i synkiem, na przekór wielu przeciwnościom związanym z brakiem dostępu do udogodnień cywilizacyjnych, próbuje wybudować swój własny raj. Dzierżawiąc od belgijsko-filipińskiej pary blisko hektar dżungli wraz z przylegającą do niej plażą wybudował resort w sercu parku krajobrazowego Sabang przy Zatoce Żółwi.

Resort ten to zespół kilku bungalowów skleconych z materiałów, jakich potrafi dostarczyć okoliczna przyroda. W środku ma się do dyspozycji prostą łazienkę z prysznicem i toaletę. Wydaje się, że armatura łazienkowa, rury kanalizacyjne i okablowanie to jedyne materiały nie pochodzące z dżungli. Jak na prawdziwie spartańskie warunki przystało, w kranie nie ma ciepłej wody, elektryczność jest dostępna od 6 do 10 wieczorem, a Internet jest racjonowany jak woda na pustyni. Nasze rodzime ładowarki zwariowały przy natężeniu prądu z generatora i przez blisko dwa dni musieliśmy zużyć zapasy naszych power banków do ładowania mojego telefonu, który służy nam jako kalendarz, budzik, przenośny bank, główny aparat fotograficzny i co tam tylko jeszcze ówczesny smartfon potrafi. Przed przyjazdem warto więc zaopatrzyć się w jakąś lokalną wersję ładowarek. I nie jest to tylko „przypadłość” Arkadii – w kilku kolejnych hotelach mieliśmy ten sam problem. W większych miejscowościach nie ma jednak problemu z zakupem jakiś chińskich ładowarek za 150-200 Peso (10-14 PLN).

Drugą rzeczą jaką warto zabrać ze sobą w pewnym zapasie jest… gotówka. W samym Sabang nie ma bankomatu, a o płatnościach kartami można to raczej zapomnieć. Na szczęście Tomek zgodził się, żebyśmy część płatności mogli uregulować za pośrednictwem Revolut. Za 3 noclegi w Arkadii w domku z dwoma sypialniami i trzema łóżkami rezerwowane za pośrednictwem Booking.com zapłaciliśmy 8500 Peso (ok. 600 PLN). Do tego należy jeszcze dodać koszt transportu łódką w dwie strony – 500 Peso (35 PLN) od osoby. Za całodzienne wyżywienie od osoby składające się ze śniadania, obiadu i kolacji – 750 Peso (ok. 53 PLN).
Budowa swojego raju jest nie tylko wyzwaniem ze względu na brak materiałów, ale również na brak rąk do pracy. Albo, co bardziej właściwe, nieprzewidywalność okolicznych ludzi. Podejście do ustaleń i obowiązkowość wymykają się naszemu zrozumieniu tych cech. Zamawiasz łódkę na 9:00 i nie ma jej o 10:00? To całkiem normalne. Może komuś po prostu jednak nie chciało się dziś przypłynąć? Budując nowe bungalowy nie wiadomo ilu ludzi w danym dniu przyjdzie do pracy. Może ich przyjść dziesięciu, a może nie zjawić się nikt. Nie potrafisz również przewidzieć, kiedy zaczną, o której skończą, ani też, ile potrwa dany etap prac. Mieszkając na miejscu musisz wyrobić w sobie również takie podejście do życia, co z pewnością nie jest łatwe będąc odpowiedzialnym przed odwiedzającymi to miejsce turystami. Jeśli więc zastanawiacie się czy warto żyć w raju, to musicie sobie odpowiedzieć najpierw na pytanie, czy kładąc na szali rajskie widoki i odmienne uwarunkowania kulturowe, potrafilibyście osiągnąć szczęście?

Sabang

Do Manili dotarliśmy po północy. Odbiór bagażu, wypłata filipińskich pesos w bankomacie i poszukiwanie taksówki, która dowiezie nas do hotelu. Oczywiście mieliśmy wrażenie, że taksówkarz pomimo tego, że jechał według licznika, zdarł z nas skórę, ale wyczerpani lotem nie mieliśmy siły ani ochoty protestować. Dlatego też uważam, że takie biznesy jak http://www.WelcomePickups.com – serwis internetowy organizujący świetny jakościowo odbiór z lotniska i transport do hotelu – mają przed sobą przyszłość. Niestety serwis ten nie funkcjonuje (jeszcze) na Filipinach, więc musieliśmy zapłacić „frycowe”.
Nie chcieliśmy zostawać w Manili dłużej niż to było konieczne, dlatego też wynajęliśmy hotel, który mieścił się naprzeciwko Terminalu nr 4, z którego odbywają się loty lokalne. Następnego dnia bowiem mieliśmy zaplanowany lot na wyspę Palawan do miejscowości Puerto Princesa. Sam pobyt w hotelu w Manili (Achievers Airport Hotel) i lot (AirAsia) skończyły się zanim się zaczęły więc nie zasługują na jakąś szczególną wzmiankę. Może tylko wspomniany hotel można polecić ze względu na położenie obok Terminala 4 lotniska, z którego odlatują samoloty krajowe. Zaraz obok jest też miejsce, w którym można kupić lokalną kartę SIM.

W Puerto Princesa opuściliśmy terminal lotniska i od razu udało się nam za 2000 Peso (ok. 140 PLN) złapać taksówkę do Sabang skąd mieliśmy zamiar dopłynąć do naszego kolejnego punktu wyprawy – Arkadia Eco Resort.
W korespondencji z Arkadią okazało się, że właścicielem tego resortu jest Polak – Tomasz Kosiński, który dał nam wskazówki odnośnie dotarcia do Sabang. Przestrzegł nas również, że łódki z Sabang do Arkadii pływają tylko za dnia i żebyśmy starali się dotrzeć na miejsce najdalej do 17:00. Lot AirAsia był spóźniony 45 minut więc lekko zestresowani, pośpieszając taksówkarza, staraliśmy się dojechać na miejsce. Niestety kręte i wąskie drogi Palawanu uniemożliwiają szybką jazdę, więc pomimo starań taksówkarza na miejsce dotarliśmy po półtorej godziny. Na miejscu okazało się, że fale na morzu są tak wysokie, że łódki nie wypłynęły i jesteśmy zmuszeni zostać w Sabang. Dzięki pomocy pracującego z Tomkiem Robbiego, udało się nam znaleźć skromne dwa pokoiki i przespać noc oczekując na lepszą pogodę następnego dnia.

Rankiem następnego dnia obudził nas gwar małego terminalu promowego. Sprzedawcy ustawiali stragany z żywnością, oferując naleśniki, owocowe koktajle i mnóstwo bibelotów. Pierwsi turyści ustawiali się w kolejki po bilety na łódki do lokalnej atrakcji turystycznej – Podziemnej Rzeki, a kierowcy małych busików oferowali turystom możliwość wydostania się z tej miejscowości. My zaopatrzyliśmy się w karty SIM z Internetem co dało nam nieco złudne poczucie pozostania w kontakcie ze światem.
Internet na Filipinach jest obecny, ale jego jakość pozostawia wiele do życzenia. Zresztą nietrudno sobie wyobrazić jak w warunkach wielu wysp, wzniesień i nieprzebytej dżungli wybudować sieć masztów z nadajnikami GSM. Pierwszą kartę pre-paid z dostępem 1 GB (operatorzy: Smart lub Globe) na 3-dni można kupić za ok 99 Peso (ok. 7 PLN). Później doładowując kartę tą samą kwotą można otrzymać tygodniowy dostęp i 2 GB transferu danych. W ofercie są również pakiety, w których dostęp do niektórych serwisów jest bezpłatny (np. Facebook, YouTube lub NBA.com). Problemem jednak nie jest cena, a zasięg Internetu, który w większości miejsc jest bardzo słaby.
Spakowani wsiedliśmy do łódki, która została po nas wysłana z Arkadii. Sinoszara barwa nieba i skłębione chmury zwiastowały, że pogoda jeszcze nie zdecydowała czy potraktować nasz przejazd ulgowo czy też wytrząść nas na falach, ale na szczęście tutejszy Neptun chyba był w dobrym humorze i podróż filipińską łupinką przebiegłą bez większych zakłóceń. Łódki tutaj są bardzo charakterystyczne. Oprócz wąskiego kadłuba mają po obu jego stronach przytwierdzone w pewnej odległości dwa pływaki. Zazwyczaj są to proste bambusy lub jakieś inne drewno. Taka konstrukcja zapewnia odpowiednią stabilność na falach tutejszych wód. Podróżując taką łódeczką po raz pierwszy poczuliśmy, że właśnie rozpoczęliśmy wakacje.

Zakazane Miasto cz.2

Jak na przedstawicieli narodu, który rozumie i pamięta ustrój socjalistyczny, ale ceni sobie wolność i możliwości jakie niesie ze sobą demokracja i kapitalizm, cyknęliśmy sobie kilka fotek-śmiechotek przed mauzoleum ojca narodu chińskiego i po niezbyt szczegółowej kontroli wraz z tłumem turystów weszliśmy na teren Zakazanego Miasta. Bilety do tej atrakcji udało się nam kupić przez portal GetYourGuide.com i nie mieliśmy żadnych z problemów zarówno z ich zakupem, jak i później przy ich kontroli.

Zakazane Miasto to kompleks pałacowy wybudowany na powierzchni prostokąta o wymiarach ok. 1 km na 800 m mniej więcej w czasie, gdy w naszym kraju rycerstwo opijało chlubne zwycięstwo nad zakonem Krzyżackim pod Grunwaldem. W skład Zakazanego Miasta wchodzi około 800 małych i większych budowli, pałaców, wielkich placów, schodów, pagod, murów i parków. Powstało ono na miejscu stolicy mongolskiej dynastii Yuan, która przez blisko 100 lat panowała nad tamtym obszarem. Kolejna dynastia (Ming) przez blisko 300 lat rozbudowywała Miasto, aż do najazdu Mandżurów w XVII w, kiedy to Miasto zostało poważnie zniszczone. Mandżurowie ustanowili jednak swoją dynastię (Quing) i odbudowali Miasto, w którego murach zasiadali aż do początków XX w kiedy to Rewolucja z 1912 roku ustanowiła ustrój demokratyczny. Pomimo ustanowienia w Chinach republiki w zamkniętej części Zakazanego Miasta aż do 1924 roku przebywał ostatni cesarz Chin – Puyi.

Aby zapoznać się całym Miastem potrzeba byłoby prawdopodobnie całego dnia, albo i dłużej, nam jednak po około czterech godzinach wyczerpały się baterie, a zmiana czasu dała o sobie znać. Chcieliśmy coś zjeść, a jedyną możliwością wydawała się wizyta w restauracji pełnej turystów w jednym z hutongów – przylegających do Zakazanego Miasta obszaru zabytkowych domków. Lekko śnięci opuściliśmy Miasto północną Bramą Boskiej Mocy i powędrowaliśmy w kierunku wschodnim przyglądając się szerokiej fosie i imponującym murom. Po drugiej stronie ulicy, przy północno-wschodnim rogu Zakazanego Miasta udało się nam odnaleźć jadłodajnię pełną autochtonów co było dla nas najlepszym dowodem na jakość lokalnego jedzenia. Po wielu wygibasach językowych i obfitej gestykulacji udało się nam zamówić pyszne bunze (forma mącznych knedli), pierożków mięsnych i warzywnych oraz pożywną zupkę. Skuteczność dostarczonego zamówienia równała się blisko 2/3 więc jak na Chiny był to niezły wynik. Zawsze bowiem zamawia się tam jedno, a okazuje się, że otrzymuje się nieco inny zestaw.

Posileni rozpoczęliśmy poszukiwania autobusu powrotnego co okazało się równie dużym wyzwaniem jak podróż do centrum. Gdyby nie pomoc pary młodych ludzi, którzy łamanym angielskim wyjaśnili gdzie szukać właściwego przystanku autobusowego, a później wrócili się za nami wskazując właściwe miejsce, pewnie do tej pory błąkalibyśmy się po Pekinie. Zupełnie nieoznaczony przystanek wraz z budką wielkości kiosku Ruchu opisaną chińskimi znaczkami, w której mieścił się punkt sprzedaży biletów nawet nie zwrócił naszej uwagi. Koniec końców jednak udało się nam dotrzeć na lotnisko i po kolejnej kontroli dostać się na nasz samolot, który miał nas przetransportować do raju.

Zakazane Miasto cz.1

W chwili, gdy piszę te słowa jesteśmy już w połowie naszej trzytygodniowej wyprawy po Filipinach. Opuszczamy turystyczne El Nido i udajemy się z powrotem do Puerto Princesa, skąd samolotem lokalnych linii Cebu Pacific przelatujemy z wyspy Palawan na Cebu.

Opisywanie naszych wypraw na blogu nigdy nie stanowiło dla mnie większego problemu. Na Filipinach jednak doznałem swoistego rodzaju lenistwa dostrajając się do panującego tu klimatu i kultury. Dotąd dość zdyscyplinowany, zostałem zauroczony przez przyjaznych ludzi, turkusową wodę, złoty piasek i zieleń drzew. Jak można pracować w takich warunkach? 😉

Ale zacznijmy od początku…

Bilety na Filipiny kupiliśmy pół roku wcześniej. Tak jak zazwyczaj, pewnego razu siedząc w biurze otrzymałem informację z jednego z agregatorów promocji lotniczych, o promocji lotów Air China na Filipiny. Nasze dotychczasowe doświadczenia z tą linią lotniczą były dość średnie. Ale perspektywa taniego lotu za 1300 PLN od osoby oraz fakt, że ostatni urlop mieliśmy już ponad rok temu spowodowała, że dość szybko podjęliśmy decyzję o wylocie.

Opuściliśmy Warszawę w poniedziałek 21 stycznia. Lekko zatłoczona, pełna smogu i topniejącego śniegu stolica pożegnała nas szaroburymi ulicami i ukraińskim akcentem Pana z Ubera. Tym razem lot Air China przebiegł bez zakłóceń. Panie stewardessy były miłe, jedzenie znośne, a filmy na pokładzie dość aktualne (choć nadal wyświetlane na wątpliwej klasy urządzeniach).

Pewną niedogodnością w kupowaniu tanich biletów lotniczych są zawsze niekorzystne harmonogramy przesiadek lub też kombinowane miejsca wylotów i powrotów. My wylądowaliśmy w Pekinie ok. 5 nad ranem, a kolejny etap podróży do Manili rozpoczynaliśmy około 18:00. Czas ten postanowiliśmy wykorzystać na zwiedzenie Zakazanego Miasta, na którego zwiedzenie nie mieliśmy czasu podczas naszej ostatniej wizyty w Pekinie kilka lat temu. Obecnie Chiny wprowadziły specjalne rodzaje wiz transferowych, dzięki którym można opuścić lotnisko na bodajże 48 godzin podczas połączeń przesiadkowych. Wszystkie, trzeba przyznać, że dość szczegółowe formalności można załatwić na lotnisku. Należy wypełnić szczegółowy wniosek wizowy, dać sobie zeskanować linie papilarne, obfotografować twarz (i pewnie zrobić skan tęczówki) i… już można wybrać się zwiedzać.

Nie wiem czy nie trafiliśmy na przechowalnię bagażu, czy też lotnisko w Pekinie takiej nie posiada, ale obładowani bagażem podręcznym wyszliśmy na dość chłodne pekińskie powietrze w poszukiwaniu transportu do centrum Pekinu. Łamanym angielskim powiedziano nam, że możemy się tam dostać autobusem spod lotniska, przy czym płatność można było uregulować tylko gotówką. Na szczęście na lotnisku można było znaleźć bankomat więc udało się nam zaopatrzyć w kilkaset yuanów.

Problem z wizytą w Chinach zawsze jest ten sam. Ograniczone możliwości komunikacji z Chińczykami. Autobus przeciskając się przez budzący się do życia Pekin podawał co prawda na wyświetlaczu nazwy przystanków, ale były one w postaci chińskich znaków i zanim się zorientowaliśmy, okazało się, że przejechaliśmy już nasz przystanek koło placu Tiananmen obok którego znajduje się Zakazane Miasto. Musieliśmy więc spróbować dostać się tam metrem co w godzinach szczytu było dość karkołomnym przedsięwzięciem. Stłoczeni jak sardynki w puszce Chińczycy wypełniający szczelnie wagony metra sprawili, że musieliśmy przepuścić kilka pociągów i jechać na dwie tury. Najpierw ja z Niną i Polą, a później Asia z Leną. Na szczęście metro jeździ tam co minutę więc nie straciliśmy zbyt dużo czasu. Po jednej przesiadce na inną linię i odnalezieniu właściwego wyjścia na powierzchnię w końcu udało się nam wydostać wprost przed Zakazanym Miastem.

Szmaragodwy Basen na Czerwonych Ziemiach

Zostawiamy za sobą Las Vegas. Dobrze, że udało się nam przynajmniej poszaleć rano na zjeżdżalniach w hotelowym parku wodnym. Przedtem jednak, w miarę wczesnym rankiem, pojechaliśmy prawie na opłotki Vegas, żeby zjeść rekomendowane przez użytkowników TripAdvisor śniadanie – knajpa Mr. Mamas. I wiecie co? Było doskonałe.

W zdecydowanie lepszych humorach i z pełnymi od naleśników brzuchami zostawiamy budzące się na kacu Las Vegas. Będzie tak jeszcze trzeźwiało do wieczora, a później znowu ruszy w tany.

My kierujemy się w stronę Redlands (czyli Czerwone Ziemie) zahaczając po drodze o park narodowy Joshua Tree. Ostatnie połączenie z wifi informuje nas o fali upałów na trasie. I rzeczywiście. Jadąc po pustyni w stronę parku termometr w samochodzie wskazuje 120 stopni Farnheita (czyli 46 stopni Celsjusza). Pewnie moglibyśmy usmażyć jajecznicę na masce naszego samochodu?

Na szczęście, dojeżdżając po południu do parku, minimalnie się ochładza. Wciąż jest 37 stopni, ale i tak czujemy różnicę. Tylko w słońcu dalej nie da się wytrzymać. Wjeżdżamy w ciągnące się po horyzont pola dziwnie powykręcanych drzew. Wyglądają jak spacerująca po sawannie armia paralityków. Każdy konar w inną stronę. Każda gałąź zakończona kitką, pióropuszem grubych, kaktusowatych liści. Pień drzewa kosmaty i kłujący. Chyba nie tylko dla nas. Czyżby to był mechanizm zabezpieczający roślinę przed nieproszonymi gryzoniami? Muszę o tym poczytać. 

Raz po raz pojawiają się grupki skał, którym natura nadała fantazyjne kształty słoni, głów goryli czy katedralnych łuków. Można swobodnie zanurzyć się w tych skalnych labiryntach i poszukać trochę zbawczego cienia. No i grzechotników. Podobno też lubią się tu wygrzewać. My wybieramy wspinaczkę na pobliskie skały i skakanie z jednej na drugą. Jak kozice górskie.

Bardzo żałujemy, że nie zaplanowaliśmy więcej czasu na ten park. Wydaje się on być tak bardzo urokliwy, że spędzenie tam kolejnych kilku dni na trekkingu na pewno by się nam spodobało. Niestety musimy jechać dalej, bo nasi gospodarze na pewno na nas już czekają. Zbliża się wieczór.

Do Redlands, małej, uniwersyteckiej miejscowości położonej niedaleko Los Angeles wjeżdżamy dopiero około siódmej wieczorem. Diana i Marcin witają nas tak, jakbyśmy rozstali się zaledwie wczoraj, a nie jakbyśmy ostatni raz widzieli się… dziesięć lat temu. Czas leci. Idziemy wspólnie coś zjeść choć dziewczynki zmęczone całym dniem lekko marudzą.

Marcin postanowił rzucić obiecującą pracę w dużej, polskiej korporacji i przyjechał studiować zarządzanie informatyką na tutejszym uniwersytecie. Za swoje, prywatne, zarobione ze sprzedaży mieszkania pieniądze. Diana doradza w zarządzaniu social media, a hobbystycznie pisze bloga o podróżach po Stanach www.jestemwlesie.pl. Oboje są głodni wiedzy i świata. Obojgu wróżymy wiele sukcesów. Są młodzi, mądrzy i zdeterminowani, żeby osiągnąć sukces. I nie piszę tu tylko o sukcesie komercyjnym. Oczekują od życia więcej i potrafią o to sami zadbać.

Następnego dnia postanawiamy skorzystać z małego, acz urokliwego basenu, który nasi gospodarze mają do dyspozycji w swoim kondominium. Szmaragdowa woda cudownie nas chłodzi. Wariujemy nurkując. Jest nieco chłodniej niż na pustyni w Nevadzie, ale i tak powyżej 35 stopni. Prawie dajemy się namówić Dianie i Marcinowi do pozostania u nich na kolejny dzień… Zwycięża jednak rozsądek i konieczność znalezienia się z powrotem za dwa dni w północnej Kalifornii.

Przed nami ostatni z etapów naszej podróży. Odwiedziny w parku narodowym Drzew Sekwoi.