Szmaragodwy Basen na Czerwonych Ziemiach

Zostawiamy za sobą Las Vegas. Dobrze, że udało się nam przynajmniej poszaleć rano na zjeżdżalniach w hotelowym parku wodnym. Przedtem jednak, w miarę wczesnym rankiem, pojechaliśmy prawie na opłotki Vegas, żeby zjeść rekomendowane przez użytkowników TripAdvisor śniadanie – knajpa Mr. Mamas. I wiecie co? Było doskonałe.

W zdecydowanie lepszych humorach i z pełnymi od naleśników brzuchami zostawiamy budzące się na kacu Las Vegas. Będzie tak jeszcze trzeźwiało do wieczora, a później znowu ruszy w tany.

My kierujemy się w stronę Redlands (czyli Czerwone Ziemie) zahaczając po drodze o park narodowy Joshua Tree. Ostatnie połączenie z wifi informuje nas o fali upałów na trasie. I rzeczywiście. Jadąc po pustyni w stronę parku termometr w samochodzie wskazuje 120 stopni Farnheita (czyli 46 stopni Celsjusza). Pewnie moglibyśmy usmażyć jajecznicę na masce naszego samochodu?

Na szczęście, dojeżdżając po południu do parku, minimalnie się ochładza. Wciąż jest 37 stopni, ale i tak czujemy różnicę. Tylko w słońcu dalej nie da się wytrzymać. Wjeżdżamy w ciągnące się po horyzont pola dziwnie powykręcanych drzew. Wyglądają jak spacerująca po sawannie armia paralityków. Każdy konar w inną stronę. Każda gałąź zakończona kitką, pióropuszem grubych, kaktusowatych liści. Pień drzewa kosmaty i kłujący. Chyba nie tylko dla nas. Czyżby to był mechanizm zabezpieczający roślinę przed nieproszonymi gryzoniami? Muszę o tym poczytać. 

Raz po raz pojawiają się grupki skał, którym natura nadała fantazyjne kształty słoni, głów goryli czy katedralnych łuków. Można swobodnie zanurzyć się w tych skalnych labiryntach i poszukać trochę zbawczego cienia. No i grzechotników. Podobno też lubią się tu wygrzewać. My wybieramy wspinaczkę na pobliskie skały i skakanie z jednej na drugą. Jak kozice górskie.

Bardzo żałujemy, że nie zaplanowaliśmy więcej czasu na ten park. Wydaje się on być tak bardzo urokliwy, że spędzenie tam kolejnych kilku dni na trekkingu na pewno by się nam spodobało. Niestety musimy jechać dalej, bo nasi gospodarze na pewno na nas już czekają. Zbliża się wieczór.

Do Redlands, małej, uniwersyteckiej miejscowości położonej niedaleko Los Angeles wjeżdżamy dopiero około siódmej wieczorem. Diana i Marcin witają nas tak, jakbyśmy rozstali się zaledwie wczoraj, a nie jakbyśmy ostatni raz widzieli się… dziesięć lat temu. Czas leci. Idziemy wspólnie coś zjeść choć dziewczynki zmęczone całym dniem lekko marudzą.

Marcin postanowił rzucić obiecującą pracę w dużej, polskiej korporacji i przyjechał studiować zarządzanie informatyką na tutejszym uniwersytecie. Za swoje, prywatne, zarobione ze sprzedaży mieszkania pieniądze. Diana doradza w zarządzaniu social media, a hobbystycznie pisze bloga o podróżach po Stanach www.jestemwlesie.pl. Oboje są głodni wiedzy i świata. Obojgu wróżymy wiele sukcesów. Są młodzi, mądrzy i zdeterminowani, żeby osiągnąć sukces. I nie piszę tu tylko o sukcesie komercyjnym. Oczekują od życia więcej i potrafią o to sami zadbać.

Następnego dnia postanawiamy skorzystać z małego, acz urokliwego basenu, który nasi gospodarze mają do dyspozycji w swoim kondominium. Szmaragdowa woda cudownie nas chłodzi. Wariujemy nurkując. Jest nieco chłodniej niż na pustyni w Nevadzie, ale i tak powyżej 35 stopni. Prawie dajemy się namówić Dianie i Marcinowi do pozostania u nich na kolejny dzień… Zwycięża jednak rozsądek i konieczność znalezienia się z powrotem za dwa dni w północnej Kalifornii.

Przed nami ostatni z etapów naszej podróży. Odwiedziny w parku narodowym Drzew Sekwoi.

Reklamy

Viva Las Vegas ?

Po powrocie do Eden otrzymujemy na Facebooku wiadomość od Marcina i Diany. Są naszymi dawno nie widzianymi znajomymi, którzy jak się okazuje mieszkają w Redlands pod Los Angeles. Z Marcinem miałem kiedyś przyjemność pracować w jednej, dużej firmie telekomunikacyjnej. A teraz zaprosili nas do siebie. Krótka decyzja i… postanowione. Jedziemy. Co prawda będziemy musieli nadrobić jakieś 1000 mil, ale co tam. Nie widzieliśmy się chyba od dekady. Po drodze mamy zamiar pokazać dzieciakom Las Vegas i park narodowy Joshua Tree.

Drogę do Las Vegas pokonujemy w 7 godzin. Szeroka autostrada wiedzie przez Salt Lake City, Provo na południe, a następnie odbija na zachód. Po drodze wspinamy się na masywy górskie wsłuchując się w ryk automatycznej skrzyni naszego samochodu. Klimatyzacja chodzi i chłodzi z pełną mocą. Na zewnątrz ponad 40 stopni. Późnym popołudniem wjeżdżamy do nagrzanego piekarnika zwanego Las Vegas.

Stolica hazardu i tandetnej rozrywki kusi w trakcie tygodnia niskimi cenami. Wystarczy wspomnieć, że za pokój hotelowy dla całej naszej rodziny w jednym z bardziej podrzędnych kasyn płacimy około 50 dolarów. Jak na Stany, to cena promocyjna. W trakcie weekendów ceny te podskakują ponad dwu- i trzy-krotnie, ale my nie wytrzymalibyśmy tu chyba więcej niż jeden dzień. Na szczęście wybraliśmy hotel z parkiem wodnym i zjeżdżalniami, które mimo, iż nie są bardzo rozbudowane to przynoszą ulgę spieczonym ciałom. Dziewczyny pląsają wśród fontann i armatek wodnych. Niestety zjeżdżalnie okazują się być już zamknięte. Zostawiamy je sobie na jutro rano, a tymczasem wybieramy się pooglądać pokazy cyrkowców organizowane bezpłatnie w hotelu i coś zjeść na miasto. W planie – pooglądanie głównej promenady Las Vegas naszpikowanej fontannami i replikami Wieży Eiffle, piramid egipskich, czy Forum Romanum.

Pomimo tego, że dawno już zaszło słońce, niemiłosierny upał wysysa z nas ostatki sił, pcha do sprzeczek i kłótni. Dodatkowo okazuje się, że inscenizacja bitwy dwóch replik statków pirackich, która miała być główną atrakcją wyjścia na miasto dla dziewczynek, została odwołana… jakieś 4 lata temu. O tym jednak odwiedzane przez nas strony w internecie milczały. Zniechęceni, z zasypiającymi nam na rękach dziewczynami, wleczemy się coś zjeść. Nie chcąc po raz kolejny kupować śmieciowego żarcia w postaci hamburgerów, dajemy się skusić na kanapki w pobliskim Subway… za cenę przewyższającą dziesięciokrotnie wartość tej kanapki w naszym kraju. Zdzierstwo.

Jesteśmy w Las Vegas po raz drugi. I po raz drugi przekonujemy się, że nie jest to nasze miejsce na ziemi. Co prawda błyskotki, sztuczność i blichtr mają swoje walory poznawcze, ale na pewno nie będziemy za nimi tęsknić.

Wracamy do naszego hotelu. Każdy z mijanych hoteli, pomimo zróżnicowanych fasad, ozdób i standardów, w zasadzie wygląda i działa tak samo. Wejście, parking, wyjście i tabuny ludzi przelewające się niekończącymi się korytarzami w poszukiwaniu rozrywki i łatwych pieniędzy.

Hotele oferują absolutnie wszystko. Od zachęcających do hazardu stołów do black jacka czy rulety, do stojących karnie w szeregach jak żołnierze automatów jednorękich bandytów. Do tego mnóstwo mniej lub bardziej wyszukanych restauracji, punktów gastronomicznych, sal z występami cyrkowców i piosenkarzy, hal sportowych, salonów masażu, straganów z czapeczkami, koszulkami, walizkami i innymi nikomu niepotrzebnymi bibelotami. Można nawet wziąć ślub w kaplicy z przypadkowo poznaną sąsiadką ze stolika obok. Wszystko po to, aby nie wypuścić turysty ze swoich objęć. Wszystko po to, aby wycisnąć z niego kolejnego dolara.

Przeciskając się przez tłum rozentuzjazmowanych gości kasyna dochodzę do wniosku, że hotel przypomina mi wielki kombinat przetwórstwa, gdzie owocem trafiającym na taśmę jest osoba turysty: tłustego emeryta z Dakoty, Teksańczyka w kowbojskim kapeluszu, Latynosa z czwórką dzieci czy też czarnoskórego ze złotym łańcuchem. Wszyscy, tak samo jak i my, zostaną przeżuci i wydaleni nazajutrz przez kombinat.

 

Kibole Jazzu

Do Utah wracamy prawie tą samą drogą, którą dotarliśmy do Yellowstone. Po drodze ponownie mijamy park narodowy Teton, kowbojskie Jackson i wjeżdżamy na rozległe, rolnicze tereny. Wybieramy urokliwe, jednopasmowe drogi przez miasteczka, żywcem wyjęte z amerykańskich filmów drogi. Znaki informujące nas o liczbie mieszkańców dumnie ogłaszają przyjezdnym: „Randolph. Ludność: 462 osoby”. Kilka uliczek na krzyż, bank, kościół, jakiś zamknięty sklep, kilka punktów usługowych i stacja benzynowa. Raczymy się przecenionymi, piersiami kurczaka a’la KFC. W opinii dzieciaków nie jadły do tej pory w Stanach nic lepszego. Ruszamy dalej.

 

Po południu w końcu docieramy z powrotem do Eden. Tu dzielimy się na kilka grup zainteresowań. Powiedzmy: sekcję pływacką i sekcję koszykówki. Sekcja pływacka zamierza moczyć swoje odwłoki na basenach i w przylegających do Eden jeziorach.

Sekcja koszykarska postanawia wykorzystać jeden z wieczorów, aby pojechać do Salt Lake City na mecz koszykówki – NBA Summer League. Liga Letnia NBA to czas ogrywania zawodników, którzy nie dostają zbyt wielu minut w sezonie zasadniczym lub obserwowania nowych nabytków z ostatniego draftu. W dwóch meczach jakie mieliśmy okazję zobaczyć (Boston Celtics vs San Antonio Spurs oraz Utah Jazz vs Philadelphia 76ers) występowali pojedynczy zawodnicy z pierwszych składów, oraz zawodnicy młodzi, rezerwowi i kupieni w tym okienku transferowym. Ale myliłby się ten, kto by pomyślał, że widowisko straciło coś na wartości. Tak samo jak w każdym meczu, oprócz porywającej gry, w trakcie przerw były konkursy rzutów do kosza dla widzów, tańce cheerleaderek, czy też widowiskowe wsady akrobatów wykorzystujących trampoliny.

Bilety były stosunkowo tanie i kosztowały od 7 do 15 dolarów (w zależności od miejsca) za możliwość pooglądania dwóch spotkań w trakcie jednego dnia. Można je było nabyć zarówno na stronie internetowej jak i przed samym meczem. Sala nie była wypełniona po brzegi. Pierwsze spotkanie oglądała może połowa hali. Dopiero drugie spotkanie, w którym grali zawodnicy lokalnej drużyny, sprawiło że trybuny zapełniły się prawie do pełna. Zasiadali na nich w większości stali bywalcy będący właścicielami karnetów sezonowych. Z dwoma takimi, którzy głośno dopingowali lokalną drużynę nawet miałem okazję porozmawiać o kibicowaniu Jazzmanom. Tak się bowiem składa, że od końca lat 90-tych oglądając zawodową ligę NBA kibicuję… właśnie Utah Jazz. Wtedy to górę wzięła moja „Koziorożcowa”, uparta, natura i na przekór wszystkim moim kolegom, z których każdy zachwycał się grą Jordana, Pipena i spółki z Chicago Bulls, ja wspierałem Malonea, Stocktona i Hornacka z Utah Jazz. Ten typ tak ma. 😉

Obaj Panowie, autentyczni kibole z wielkimi tatuażami logo Jazz, stanu Utah i innych lokalnych symboli, opowiedzieli mi o aktualnym składzie, o tym dlaczego Utah traci najzdolniejszych graczy, o spisku wielkich biznesów, które nigdy nie pozwolą temu klubowi zostać mistrzami NBA, a nawet o… ustawionym (!) meczu finałowym bodajże z 1997 roku, w którym Michael Jordan zapewnił rzutem w ostatnich sekundach mistrzostwo Chichagowskim Bykom nad Utah Jazz. Tamten mecz i mój zawód nadal pamiętam choć przyznam się, że nie dopatrzyłem się tam żadnego ustawionego meczu. Ale… kto tam ich wie? 😉 Gdy dowiedzieli się, że przyjechałem specjalnie z Polski, aby pooglądać ich drużynę w akcji od razu zaproponowali mi piwo. Musiałem odmówić ze względu na obecność dzieci pod moja opieką. Trochę żałuję. Kto wie czego to jeszcze mógłbym się dowiedzieć?

Yellowstone Epilog

Po kilku dniach spędzonych w Yellowstone w końcu przychodzi czas na powrót i podsumowanie tej części naszej wyprawy.

Bogactwo i dostępność zwierząt, oraz obserwowanie zmagających się ze sobą sił natury sprawiło, że kulminacyjny punkt naszej wyprawy okazał się nad wyraz zadowalający.

Widzieliśmy całą Wielką Trójkę parkowych gospodarzy czyli: Jelenia, Bizona oraz Niedźwiedzia. Właściwie to widzieliśmy małego niedźwiadka, który radośnie czochrał się o skałę zaraz przy drodze, którą wracaliśmy pewnego dnia na nasz kemping. Dziewczynki były wniebowzięte.

Marznąc w namiocie, siedząc przy ognisku, podglądając wszędobylskie zwierzęta i dymiące gejzery, a także szwendając się po szlakach, targały mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony, miałem nieodparte wrażenie czystości i naszej ulotności w obcowaniu z potęgą natury. Te formacje skalne, wodospady, drzewa i jeziora były tu na długo przed nami i będą jeszcze długo po nas. My byliśmy tam tylko maleńkimi, tymczasowymi obserwatorami z gębami otwartymi w niemym zachwycie lub szczerzącymi swe zęby w najszczerszym ze szczerych uśmiechów w chwilach gdy czuliśmy, że stykamy się z absolutem.

Z drugiej strony, przepychając się przez grupy turystów na punktach widokowych lub też stojąc w korku wielgachnych, kopcących spalinami pickupów z włączoną na full klimatyzacją, zastanawiałem się jak długo jeszcze uda się nam zachować takie miejsca w ich naturalnym kształcie?

Każdego roku do Yellowstone przyjeżdża ponad 3 miliony turystów. Każdy przyjeżdża samochodem, a spora część wielkimi kamperami. Szacuję, że rocznie przez parkowe drogi przejeżdża blisko milion aut. Każdy turysta pozostawia po sobie sporo plastikowych śmieci. A każdy samochód wydziela sporo spalin.

Amerykanie do spraw porządkowych w parkach narodowych podchodzą bardzo poważnie. Na szlakach bardzo rzadko można zobaczyć śmieci. Specjalne zasady biwakowania chronią środowisko przed zbytnią ingerencją turysty, ale… no właśnie. Chyba ważniejsze jest to, czego niestety na szlaku nie widać, a widać w parkowych śmietnikach i czasami czuć we wdychanym powietrzu.

Nie ma się co łudzić. Yellowstone to miejsce, które po mimo wielu starań, powoli zaczyna zmieniać swój dziki charakter komercjalizując się. Dlatego też uważam, że absolutnie trzeba je odwiedzić. I to jak najszybciej.

Zresztą… zobaczcie sami.

Dwa brzegi wodospadu

Po powrocie na kemping zamknęliśmy się szczelnie w namiotach otuleni śpiworami. Właściwie to każdy z nas próbował wskoczyć w kilka kurtek i ze dwa śpiwory, żeby wytrzymać niskie temperatury. Brak ciepłej wody do mycia na kempingu również nie pomagał. Kładliśmy się spać z nadzieją, że jutro w końcu wzejdzie słońce i zrobi się trochę cieplej.

Następnego dnia wybłagaliśmy słońce. Wyjrzało zza chmur i postanowiło nas ogrzać. Wyjeżdżając na kolejną wycieczkę na drodze spotkaliśmy dwa, leniwie spacerujące sobie bizony. Sznur samochodów stał grzecznie w korku, gdy te dwa potężne zwierzaki maszerowały obok nich kołysząc majestatycznie głowami w odległości nie większej niż kilka metrów.

Około południa zrobiło się tak upalnie, że zdjęliśmy nasze kurtki i zostaliśmy już w samych t-shirtach. Bóg Słońca igrał z nami, tym razem opiekając nas, odwiedzających kolejne atrakcje. A tych było co niemiara. Skrzące się w słońcu śnieżnobiałe, wapienne gejzery, granitowe skały ucięte pionowo jakby ręką olbrzyma, no i wodospady… Widzieliśmy w naszym życiu sporo wodospadów. Najpiękniejsze, w tym również najwyższy wodospad świata, mieliśmy okazję oglądać w Wenezueli. Wodospady w Yellowstone były jednak również zachwycające.

Aby się dostać do wodospadu Lower Falls (czyli Niższy Wodospad) koło miejscowości Canyon Village, musieliśmy się zebrać z kempingu dość wcześnie rano po to, aby móc dostać się na parking, z którego rozpoczynał się szlak. Po godzinie 9 rano na drodze prowadzącej do tego miejsca ustawia się kolejka samochodów z turystami, którzy chcieliby choćby na chwilę podjechać i cyknąć tu kilka fotek. Wąskim gardłem jest ograniczona liczba miejsc parkingowych i często ludzie stoją w kolejce po 2-3 godziny, aby zobaczyć to miejsce. A jest co oglądać…

Do wodospadu prowadzą dwie drogi. Od północnej i południowej strony kanionu. Południowe dojście (Brink of the Lower Falls) wiąże się z około godzinny trekkingiem brzegiem kanionu, a następnie z zejściem estakadą schodów nad punkt widokowy z piękną panoramą wodospadu. Północne (parking przy Artist Point) daje możliwość dotarcia nad sam przełom wodospadu prawie bezpośrednio z parkingu. Oba miejsca były bardzo malownicze i jeśli nie ogranicza Was czas, proponujemy pojawić się w obu miejscach.

My rozpoczęliśmy od południowej strony. Po pokonaniu wielu, wielu, wielu schodów w dół schodzimy w końcu na punkt widokowy, z którego w przedpołudniowym słońcu widać sam wodospad. Obserwujemy wodę, która huczy spadając z łoskotem z wysokości kilkudziesięciu metrów. Rozpryskuje się o taflę poniżej tworząc drgającą mgiełkę, która daje schronienie wielobarwnej tęczy. Po obu stronach kanion ze skalnymi basztami, które strzegą przełomu. Nad tym wszystkim niebieściuchne niebo z kilkoma pierzastymi obłoczkami. Czy mi się tylko wydaje, czy też układają się one w kształty bizonów? 😉 Z tyłu, za nami rozciąga się panorama kanionu z szumiącą, rwącą wodą spływającą w stronę leżącego na południu jeziora Yellowstone. Całość wygląda tak pięknie, że… aż kiczowato. Zastanawiam się czy ktoś mógłby namalować coś równie pięknego?

Po kilku upojnych chwilach, w trakcie których raczyliśmy się tą wizualną ambrozją pozostaje nam… droga pod górę. A schodów tych jest… ufff… chyba cholewka jest ich więcej niż schodząc na dół? Zziajani i zdyszani stajemy w końcu z powrotem na skraju kanionu i rozpoczynamy drogę na parking. Później jeszcze podjeżdżamy na północny brzeg wodospadu, na parking przy Artist Point, gdzie patrzymy z zachwytem na spadającą, tym razem w dół, wodę i… cały autobus wypełniony kobietami Amiszów. Każda z nich w tradycyjnej długiej sukni. Każda w wielkim czepcu na głowie. Wszystkie, tak samo jak my, zachwycone wodospadem.

Sygnały z królestwa Hadesa

Część turystów zwiedza Yellowstone „z samochodów” wybierając na przejazd jedną z dwóch pętli krajobrazowych. Większa, przy której leży nasz kemping Bridge Bay, wyznaczają takie miejsca jak: Old Faithful, Madison, Norris, Canyon Village i Fishing Bridge. Mniejszą – Mammoth Hot Springs i Tower-Rooswelt. My objechaliśmy obie pętle i w kilkunastu miejscach wybraliśmy się na krótki trekking.

Przy większości ze wspomnianych powyżej miejscowości jak również na trasie mieści się sporo punktów widokowych i szlaków, które można przejść w zarówno w godzinę jak i w pół dnia. Szlaki są dobrze oznaczone i przygotowane, choć niezabezpieczone barierkami skraje kanionów mogłyby naszych, rodzimych eurokratów doprowadzić do szału legislacyjnego. 😉

Nawet kilkuletnie dzieci nie powinny mieć większych problemów z pokonaniem większości tras z atrakcjami turystycznymi. Oczywiście mowa o okresie letnim, bo w zimie sytuacja zapewne zmienia się diametralnie.

W chłodny dzień wybieramy gejzery w okolicach jednej z pierwszych osad pionierskich na tych terenach – Old Faithful. Niebo wciąż jest zasnute stalowymi chmurami choć gdzieniegdzie, nieśmiało zaczyna wychodzić słońce. Idziemy pooglądać gejzer o tej samej nazwie. Wkoło śmierdzi zgniłymi jajami. Siarkowodór w czystej postaci. Otoczony wianuszkiem czekających cierpliwie turystów gejzer co 90 minut wypuszcza z głębi ziemi kłęby pary i gazów. Równo jak w zegarku. Może właśnie dzięki temu zyskał sobie swoją nazwę? Old Faithful to w końcu Stary Wierny.

Ruszamy dalej. Krótki trekking w okolicach potoku Firehole (Ognisty Otwór). Spotykamy świstaka, który zaciekawiony wpatruje się w nas skrzącymi ślepiami. W drodze powrotnej zaskakuje nas deszcz. Puszczamy się więc pędem do masywnej budowli hotelu. Zachowany w prawie oryginalnym kształcie budynek robi niesamowite wrażenie. Tym bardziej, że cały jest zbudowany z drewna. Pierwotny, mniejszy budynek powstał w 1904 roku. Następnie, w 1927 roku, wzniesiono strukturę, którą można zwiedzać obecnie. Hotel ma ponad 40 metrów wysokości, a hall na dole można oglądać z wysokości prawie 30 metrów. Na dole znajduje się restauracja gdzie serwują w miarę smaczne jedzenie w formie bufetu za 18 USD za dorosłego i 8 USD za dziecko.

Najedzeni, z nową energią jedziemy w dalszą podróż. W kolejnych dniach zwiedzamy jeszcze kilkadziesiąt miejsc, w których świat podziemi spotyka się z powierzchnią. A każde takie spotkanie okraszone jest bulgotem i świstem. Kratery wypuszczają fantazyjne pióropusze gazów i pary. Grand Prismatic Spring, Mammoth Hot Spring, Morning Glory, Caldera, Mud Volcano, Dragon Mouth…

Naszym oczom ukazują się szmaragdowe powierzchnie kraterów z wodą parującą jak ukrop. Przechadzamy się brzegami jeziorek brązowych od glonów żyjących w wysokich temperaturach. Słuchamy mlaśnięć pękających bąbli, szarego jak cement, kipiącego błota. Wapienne tarasy, które powoli toczą wodę z poziomu na poziom od tysięcy lat, każdego dnia odkładają mikrometry białego osadu i budują z nich fantazyjne kopce. Wszystko powoli, spokojnie, dostojnie… aż do momentu kolejnego zrywu, wybuchu, świstu pary i gazów – kolejnego sygnału z królestwa Hadesa.

Taka Tatanka

Yellowstone jest najstarszym parkiem narodowym na świecie. Już na początku XIX wieku na te tereny zawitała słynna ekspedycja Lewisa i Clarka, którzy dostrzegli tu piękno przyrody, obfitość zwierzyny oraz… Indian ze szczepów Wron i Szoszonów. Park założony został w 1872 roku dzięki staraniom pewnego geologa – Ferdinanda Heydena. Początkowo park nie był zbyt dobrze strzeżony, a zwierzyna łowna przyciągała do niego kłusowników. Jak mogło być inaczej skoro powierzchnia parku wynosi blisko 9 tysięcy kilometrów kwadratowych, a początkowo stacjonował tu jedynie jeden mały oddział kawalerii konnej armii Unii? Później, w czasie Pierwszej Wojny Światowej, dano poborowym wybór: „Albo jedziesz na front do Francji, albo będziesz bronić parku przed kłusownikami” i szeregi National Park Service (czyli organizacji tutejszych leśników) zaroiły się od ochotników pałających bezgraniczną miłością do rodzimej przyrody.

Masowe polowania na bizony przez cały wiek XIX spowodowały jednak, że przeogromne stada, które potrafiły zapełnić swymi sylwetkami prerię aż po horyzont, zostały prawie dokumentnie wybite tak, że na początku XX wieku zostało ich tylko… 50 sztuk. Później jednak dekretami kolejnych prezydentów rozpoczęto projekt odbudowy gatunku. Obecnie pogłowie tego kuzyna naszego żubra utrzymywane jest na bezpiecznym dla lokalnego ekosystemu poziomie około 3500 sztuk. Gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy je z bliska dostojnie spacerujące sobie po… naszym kempingu zamarliśmy z wrażenia. Później na tyle przywykliśmy do ich obecności, że nawet nie zatrzymywaliśmy się, gdy chrupały sobie trawę lub tarzały się w parkowym błocie oddalone o jakieś dwadzieścia metrów od nas lub naszego samochodu. Jednego nawet spotkaliśmy obok szlaku turystycznego. Stał dosłownie pięć metrów dalej i gdyby nie ostrzeżenia strażników zabraniające się zbliżać do tych mimo wszystkich dzikich zwierząt, miałem wielką ochotę poczochrać go po czuprynie pomiędzy rogami.

Yellowstone jest jednym z niewielu parków na świecie, w którym zarządzający leśnicy przyzwalają na… pożary lasu. Okazuje się, że wiele roślin parku to tzw. pirofity, czyli rośliny, które znoszą pożar bez większego kłopotu. Dodatkowo, sporo z rosnących tu drzew iglastych potrzebuje ognia do… rozmnażania. Ich szyszki potrafią bowiem otworzyć się i rozsiać zarodniki pod wpływem odpowiednio wysokich temperatur. Rocznie w Yellowstone występuje kilkanaście mniejszych i kilka większych pożarów. Prawie wszystkie są pochodzenia naturalnego jakim jest uderzenie pioruna. Ślady tych pożarów można zaobserwować prawie na każdym kroku.

Park położony jest w strefie aktywnej sejsmicznie stąd też obecność zadziwiających źródeł, gejzerów i przepotężnych formacji skalnych, które piętrzą się wokół. O strukturze skał w tej części Stanów można zresztą pisać poematy, a paletą barw mogłyby one obdzielić cały warsztat Klimta. Wszystkie odcienie żółci, czerwieni, brązów, szarości i czerni. Gdzieniegdzie fiolety, gdzieniegdzie róże, gdzieniegdzie antracyt…